menu

Uwaga!

Problem jest już częściowo rozwiązany, ale prosiłabym w miarę możliwości wysyłać nadal opowiadania na howrse lub meila.

sobota, 3 grudnia 2016

Od Susan cd Billa


Spojrzałam na basiora, po czym na Jacka. Uśmiechnęłam się lekko.
-Jasne, z chęcią z tobą pójdziemy - powiedziałam.
-Świetnie! - poruszył lekko skrzydłami. - W takim razie do zobaczenia! - powiedział i wzbił się w powietrze. Odleciał.
Weszliśmy do jaskini i ułożyliśmy się obok siebie. Ziewnęłam. To był naprawdę ciężki dzień, pełen przygód.
-Nie wiem, czy pójdę jutro z wami - powiedział Jack.
-Czemu? - spojrzałam na niego.
-Muszę się spotkać z czarownikiem. Jesteśmy coraz bliżej rozwiązania.
Westchnęłam i potrząsnęłam głową, by strącić przydługą sierść z oczu.
- Nie lepiej byłoby, gdybym po prostu nauczyła się nad tym panować?
-Może i tak... Nie wiem, zobaczymy co mi jutro powie czarownik.
Skinęłam głową i położyłam łeb między łapy. Zamknęłam oczy i powoli zasnęłam.
<Bill?>

piątek, 2 grudnia 2016

Od Huayry cd Antili

Dopiero świtało a Huayra już biegła przez piaskowe ostępy. Niebo zalewała powoli fala światła a słońce błyszczało niby drogocenną perła. Uśmiechnęła się na ten widok i przyśpieszyła biegu. Chciała to wreszcie zobaczyć jeszcze nigdy nie widziała ... Na horyzoncie majaczył już zarys granicy. Wstrzymałam oddech i wtedy moim oczą ukazał się cudowny widok. W porannym blasku skrzyły się białe zaspy. Śnieg cienką warstwą pokrywał nagie konary drzew sprawiając, że wyglądały jak koralowce. Wszystko wyglądało jak pokryte diamentowym pyłem. Z gałęzi zwisały idealnie przeźroczyste sople, zimowe stalaktyty . Panorama wschodu zapierała dech w piersiach. Wadera dotknęła łapą białego puchu i szybko ją cofnęła. Zdziwiło ją, że jest tak zimny, ale ni e zraziła się szybko przeskoczyła na stroną sprzymierzonego stada. I właśnie wtedy usłyszała za sobą czyiś głos:
-Huayra to ty? - Rozejrzała się, zauważyła puchatą biało-niebieską waderę ze skrzydłami, uśmiechnęła się.
-Antilia ! Jak ja cię dawno nie widziałam! - Szybko podbiegła do wadery stojącej po stronie jej stada.
-Szukałam cię po całym południu, gdzie byłaś?
-Wiesz, jestem opiekunam, mam wiele obowiązków. - Zaśmiała się mniejsza wadera. - To, że traktuje to stanowisko trochę mniej poważnie niż reszta opiekunów nie oznacza, że się mu nie poświęcam.
-Przecież cię nie oceniam. - Antilia położyła uszy po sobie.
-Co u ciebie? - Zapytała Huayra.
(Antilia? Przepraszam bardzo, że tak długo:( )

czwartek, 1 grudnia 2016

Od Diy CD Lapiza

Szybko wbiegłam w gąszcz drzew i krzaków, zostawiając za sobą basiora, wciąż tam stojącego. Moje myśli ciągle krążyły wokół naszego jutrzejszego spotkania, na które nie za chętnie się zgodziłam. Jednym z tych największych problemów było to, że będziemy tam SAMI, co przysparza różnych skojarzeń. Nie chciałam się jednak od razu zrażać do tej wycieczki i postanowiłam zaprzestać myślenia o nich.
Nie dostrzegałam już Lapiza w dali, więc spowolniłam tempa, ale nie aż tak bardzo, żeby wlec się jak ślimak. Chciałam już tylko wrócić do swojej jaskini (A właściwie drzewa) i spokojnie się przespać, bez jakichkolwiek problemów czy tam koszmarów sennych, które od niedawna dość często mnie nawiedzają. Zazwyczaj lekceważę takie sprawy, lecz coraz częściej mnie one denerwują. Staram się opanować, ale w końcu i tak wybucham złością, co słyszą chyba wszyscy mieszkańcy tego stada, nasłuchując się moich porannych wrzasków. Na szczęście jeszcze nigdy nikt nie przyszedł do mnie na skargę i miałam w miarę dużo spokoju.
Po pięciu minutach bezsensownego chodzenia w kółko, dotarłam na miejsce z niemiłym zaskoczeniem. Znowu to samo... - Pomyślałam, po czym głęboko westchnęłam, spoglądając kolejnej zbłąkanej duszy prosto w puste, niczym przezroczystsze oczy. Chwilę stałam tak w ciszy, trochę się niecierpliwiąc tym najściem.
- Wybacz, że się Tobie narzucam, ale przyszłam z ważną sprawą. - Powiedział w końcu zrozpaczony duch, o mało nie zaczynając płakać.
Że co, miałam się teraz bawić w jakąś "Zaklinaczkę Duchów"?! To było śmieszne, miałam swoje życie i nie chciałam poświęcać go jakimiś głupimi sprawkami, które w ogóle mnie nie obchodzą. Nie mam zamiaru przeprowadzać "Bezbronnych duszyczek" na drugą stronę, by poczuć się dzięki temu lepiej.
- O co Ci chodzi! - Krzyknęłam "Jej" prosto w twarz, nie zwracając uwagi na obecny u postaci stan psychiczny.
- J... Ja... - Zaczęła się jąkać, doprowadzając mnie tym do szału. - Ja naprawdę prz... Prze... Przepraszam... - Urwała na chwilę, na powrót się odzywając. - Al... Ale...
- Przestań się jąkać! Słyszysz co do Ciebie mówię! - Przerwałam zjawie, właśnie tymi słowami powodując u niej napad histerii.
Wiem, że nie powinnam się wobec tej bezcielesnej osoby tak zachowywać, ale to już było naprawdę wkurzające, a na dodatek wciąż się to u niej między słowami powtarzało, w kółko i w kółko.
Po chwili jednak znów odważyła się powiedzieć:
- No dobrze, a teraz proszę, teraz TY mnie posłuchaj. - Niby coś tam słyszałam co do mnie mówi, ale nie zwracałam na to specjalnej uwagi, rozglądając się wokół. - Musisz pomóc mi odnaleźć brata...
- A konkretnie? - Dopytałam już z większym zaciekawieniem.
- Jego imię brzmi Lapiz Shadow. - Te słowa mnie zamurowały, skąd ona mogła go znać? - Jestem Lazula, jego przyrodnia siostra.

<Lapiz? Trochę to zagmatwałam...>

wtorek, 29 listopada 2016

Od Anadil cd Lii

Osłupiałam. Ten zamek był jednocześnie piękny i lekko przerażający. Wejścia bronił potężny labirynt żywopłotu.
- Uou. A jak przejdziemy przez te krzaczory?
- To akurat najprostsza część naszego zadania.- wyjaśniała rzeczowo Lia. - Bez względu na to, co zobaczysz lub usłyszysz w labiryncie, musisz trzymać się mnie i nie zbaczać z trasy.
Muszę przyznać, że ledwo ustałam na łapach.
- Aleee... co tam będzie? Potwory? Czy myśliwi z krwawymi nożami i hakami do wieszania mięsa?
Wadera stłumiła śmiech. Zmarszczyłam brwi. To, co powiedziałam, nie było przecież śmieszne!
- W labiryncie... a zresztą poczujesz sama. Złap zębami mój ogon.
Posłusznie chwyciłam kitkę Lii, ale chyba odrobinę za mocno...
- Auu! Lżej!
Zawstydzona poluzowałam nerwowy uścisk. Cała się trzęsłam.
- Pamiętaj: trzzymaj się mnie i nie puszczaj.- ostatnie dwa słowa podkreśliła dobitnie.
Stało się.
Zanurzyłyśmy się w ścieżce zarośniętej krzakami. Pierwszym, co zwróciło moją uwagę była ciemność. Mimo tego, że był środek dnia, wnętrza korytarzy były wręcz mroczne. Zapaliłam sobie płomyk na ogonie. Ogień rozgonił nieznaczną część ciemności. Poczułam szarpnięcie- skręcałyśmy. I wtedy się zaczeło.
- Ani? Anadiiil!
Odwróciłam się lekko. Szept dobiegał znikąd, ale mogłabym przysiąc, że...
- Anadil? Pomóż naam!
To była moja matka! Wołała mnie...muszę tam biec!
- Mamo! Hester! Już idę!!! - wołałam. Jak przez mgłę dobiegł mnie głos towarzyszki:
- To tylko złudzenia, idź dalej!
Ledwo się powstrzymałam od opuszczenia dróżki i pobiegnięcia do rodziny. Za następnym zakrętem usłyszałam cichy głos:
- Siostra?
Moim oczom ukazał się... Seth?!
- Sethiii!!!- wrzasnęłam z rozpaczą i nie zważając na nic ruszyłam w stronę wilka. Mimo protestów Lii starałam się podejść do brata, ale wadera dobrze pilnowała abym nie zeszła ze szlaku. Im bliżej jednak byłam, tym Seth stawał się bardziej eteryczny.
- Braciszku?
- Aaaanaaadiiil!!! Pomocyyy!!!- głos dźwięczał mi w uszach, lecz słyszałam go jakby brzez długą rurę. Czy to faktycznie był mój ukochany brat? 
- Sethi... NIE!-krzyknęłam wracając na ścieżkę.
- Anaadiil...! 
Głos stłumił szum. Szeleszczące dźwięki nieprzyjemne dla ucha wdzierały się do umysłu, zaczęłam wyłapywać słowa...
Porażka Zwycięztwo Prawda Kłamstwo Utracone Odnalezione Silna Słaba Przyjaciel Wróg Nienawiść Miłość Kara Nagroda Wziąć...
Widmo brata pochłaniało mnie, wciągało do labiryntu, aż nie zostało już nic, co mogłabym...
Dać.
Duszności ustąpiły. Przecież Lia na mnie liczyła. Wstrzymałam oddech i dałam susa tam, gdzie czułam świerze powietrze.
Promienie słońca opadły na mój pyszczek, oświetlając go skuteczne. Miałam chwilowo dość wrażeń. Podeszłam do wadery spoglądającej na mnie ze współczuciem i po prostu zaczęłam płakać.


Lia? Sorki że takie krótkie ;( nie miałam w ogóle czasu żeby odpisać ;(

poniedziałek, 28 listopada 2016

Od Jīngshéna cd Dominici Victorii

Uśmiechnąłem się ponuro. Kątem oka widaiałem ogień. Widziałem to potworne zmiszczenie. Ból i rozpacz ludzi. Śmierć niewinnych. Jednak w tej chwili to się nie liczyło. Nie mogło się liczyć. Miałem tylko jeden cel. I musiałem się na nim całkowicie skupić. Musiałem odzyskać Victorię. Moją Victorię. A jeśli nie... Jeśli nie, będę musiał ją powstrzymać. I to za wszelką cenę.
- Chcę odzyskać moją narzeczoną. - odpowiedziałem jej pewnym i potężnym głosem.
Dominaca wybuchnęła śmiechem. W jej oczach płonęła furia.
- Oj. - zmarszczyła teatralnie brwi udając, że się tym przejęła. - Trochę na to za późno. Ona już ODESZŁA. - jej głos stał się upiorny, podwójny.
W moim oku błysnął zawód i smutek. Cień przygnębienia przesłonił moją twarz. Opuściłem wzrok. Dziewczyna ruszyła przed siebie. Ogień pojawił się w jej dłoniach. Nasiliły się krzyki ludzkie.
- Stój. - powiedziałem nie podnosząc głowy. Victoria odwróciła się powoli, przekrzywiając głowę w upiorny sposób. Jej oczy były czarne, wypełnione żywym ogniem. - Przestań. Proszę Cię. Nie... Nie zmuszaj mnie do tego.
Dziewczyna zachihotała gardłowo.
- Chcesz mnie powstrzymać? Ty?! - szydziła ze mnie z uśmiechem. - Jesteś niczym. Robakiem którego mogę zetrzeć na proch! - syknęła.
- Proszę. - powtórzyłem opanowanym głosem. Spojrzałem na nią. Na mojej twarzy był tylko smutek. Nic więcej. W jej dłoniach buchnął mocniejszy ogień. Uśmiech na jej twarzy stał się jeszcze bardziej szatański.
- Zdychaj robaku.
Cichy świst. Przymknąłem oczy. Ogień w okół huczał. Zderzenie. Głuchy dźwięk. Spojrzałem na Dominicę. Trzymała strzałę w ręku. Złapała ją w locie. Promień trzasnął w jej dłoni. Strzała przełamała się na pół. Victoria spojrzała wściekle w bok. Zobaczyła Foxi z łukiem stającą na jednym z odległych dachów. Uśmiechnęła się w jej stronę krzywo.
- TY... - syknęła przez zęby Victoria. Zrobiła krok w jej kierunku. Wyciągnęła dłoń z gotującą się kulą ognia.
Lisica zrobiła swoje. Odwróciła jej uwagę. Podbiegłem do Victorii. Chwyciłem mocno dłoń z ogniem. Zacisnąłem ją. Czułem jak siła ognia się wzmaga. Jak pali moją skórę. Czułem ból. Wszystkie komórki mojego ciała krzyczały, żebym odpuścił. Ale nadal patrzyłem głęboko w jej oczy, szukając w nich dawnej Dominici. Mojej Dominici. Dziewczyna na chwilę się zatrzymała. Jej oczy tonęły w moim spojrzeniu. Ogień w jej soczewkach zgasł. Widziałem głębię jej czarnych zierenic. Szukałem w niej dna.
Ręką zaczęła piec niemiłosiernie. Syknąłem z bólu. Spojrzałem jeszcze raz w jej oczy, ale ogniki pojawiły się na nowo. Dziewczyna uderzyła mnie w pierś. Z jej dłoni wybuchnął ogień. Ogrzuciło mnie do tyłu. Upadłem twardo na ziemię. Zacząłem kaszleć powoli podnosząc się z ziemi. W uszach dźwięczało. Przez głuchy pisk przebił się jej okrutny śmiech.
- Jakieś ostatnie słowa? - zaśmiała się szyderczo bawiąc się płomieniem w dłoni.
Podparłem się na dłoniach, ziemia pod nimi zadrżała. Czułem jak moje mięśnie się napinają, wypełniają nową siłą. Spojrzałem spodełba na Victorię. Jej mina zrzedła. Uśmiech powoli zmienił się z grymas. Zrobiła powoli krok do tyłu. Wstałem. Zacisnąłem ręce w pięści. Czułem moc przechodząc przeze mnie. Ruszyłem na nią. Dominica rzuciła w moją stronę kulę ognia. Odbiłem ją. Podniosła ścianę płomieni. Przeszedłem przez nią. Broniła się rozpaczliwie. Doszedłem do niej. Chwyciłem jej nadgarstki. Szarpnąłem ją w swoją stronę i... pocałowałem ją.
Ogień buchał dookoła. Budynki waliły się. Podnosił się dym i kurz. Staliśmy przyciśnięci do siebie. Moje usta obok jej. Przestała się przed tym bronić. Przestała bezsilnie wyrywać. Odpłynęła razem ze mną. Tak jak dawniej.
Poczułem dreszcz, który przeszedł przez jej ciało. Jej ręce wzdrygnęły. Mięśnie napięły na moment. Czułem jak ulatuje z niej siła. Odsunąłem się od niej. Dominica osunęła się na ziemię. W jej udzie tkwiła strzała. Uklęknąłem przy niej. Ująłem jej głowę. Spojrzała na mnie. Jej oczy... Jej oczy były zwykłe. Szare, szklące się.
- Shen... - wyszeptała słabo i jej głowa opadła na bok. Powieki opadły. Obarnęła ją pustka.
***
Wiatr ocierał się delikatnie o moją twarz. Mieżwił włosy. Trącał suchą trawę. Szelest był subtelny, cichy. Wziąłem głęboki wdech. Miałem zamknięte oczy. Starałem się uspokoić. Oczyścić umysł z myśli. Rozluźnić wszystkie mięśnie. Spokojny wydech.
Dominika przewróciła się na bok. Otworzyła oczy. Rozejrzała się nerwowo. Usiadła gwałtownie na kocach. Ściągnąłem brwi nie otwierając oczu.
- Zakłucasz ciszę. - powiedziałem spokojnie.
- Gdzie jestem? - zapytała zdenerwowana. Wziąłem kolejny głęboki wdech.
- W domu. - Spokojny wydech. - Na terenach Rawhiti Ithemba. - otworzyłem oczy i odwróciłem się w jej stronę. - Nie chciałem się narażać twojemu stadu i naruszać granic bez pozwolenia. Wilki z mojego stada też nie mogły cię tutaj zobaczyć. Jesteśmy w górach. Nie często wilki zapuszczają się w ruiny Zapomnianego Miasta. Na szczęście.
Dziewczyna wydawała się nadal oszołomiona. Spróbowała się podnieść. Syknęła cicho i złapała się za udo.
- Foxi kazała ci przekazać przeprosiny. - powiedziałem nieco zimnym głosem. - Uleczyłem ranę, ale nadal jest przesączona trucizną. Ból powinien ustać całkowicie do jutra.
- Gdzie ona jest? - zapytała po chwili zwlekania.
- Została w świecie ludzi. Razem ze strażnikiem. - odparłem.
Victoria pokiwała powoli głową. Wstałem i podałem jej dłoń.
- Chodź. Przeprowadzę cię przez góry. Pewnie nie możesz doczekać się powrotu do swojego stada. - uśmiechnąłem się do niej łagodnie. Dziewczyna nie wygląda na zachwyciną. Była cały czas jakby zamyślona, nieobecna. Słabo chwyciła moją dłoń. Podniosłem ją i wyszedłem przed budyniek starej świątyni. Dominika owinęła się dodatkowo kocem i ruszyła za mną. Kiedy wyszła na zewnątrz utkwiła wzrok w rozległej przetrzeni.

niedziela, 27 listopada 2016

Od Jīngshéna - Opowiadanie konkursowe, etap II

Krążyłem w okół oadzawki. Woda oświetlała ściany groty. Lśniła jak lustro. Rzucała błękitne i złote promienie na zimne skały. Na powierzchni majaczyły blade obrazy. Przesuwałem się postacie. Wyblakłe kształty. Wewnątrz czułem wściekłość. Ohydną i nieokiełznaną. Zardrość i ból. Ból gorszy niż rany czy siniaki. Ból złamanego serca. Patrzyłem na majaczące kształty. Takie to żałosne. Całe to... życie. Szczęście. Miłość. Patrzyłem na sceny z obrzydzeniem. Marność. Beznadziejność. Niedoskonałości ludzkie. Kruche serca. Naiwne myśli.
Ludzie zostali stworzeni z tyloma wadami. Z rysami które psują harmonię świata. Zakłucają naturę. Niedoskonałe istoty. Są chorobą dla tego świata. Zatruwają go. Są jak wirusy dla organizmu. Wyniszczają go aż nie zostanie nic...
Wtedy mnie olśniło. Choroby można leczyć. Niedoskonałości... to.... To wszystko można uleczyć. Można oczyścić z tego świat. Uwolnić go. Sprawić, że stanie się idealny.
Tak. Gdybym miał stworzyć eliksir, to było by to. Lek na wszelkie wady. Yi Bianselong. Zmieniający niedoskonałe w doskonałe. Tylko jak... Spojrzałem głęboki błękit wody. "Łuska Hipohampusa" pomyślałem. Te stare stworzenia, mają w sobie wiele pradawnej magii. "Dusza syreny." składnik godny eliksiru. "Owoc Nominolium". "Ślina kameleona". To wszystko przygotowane w "Wodzie z wiecznego źródła". Mieszanka prawdziwie magiczna. Lek na niedoskonałość. Wytępię wszystkie błędy ewolucji. Wyniszczę ból i cierpienie. Znikną z ziemi... raz i na zawsze.
"Ślina kameleona". Postanowiłem zacząć od najprostszego składniku. Tak przynajmniej mi się wydawało. Te małe gady potrafią zmieniać kolory. Dostosowują się do otoczenia. Idealnie wtapiają się w nie, kiedy ich wadą staje się odmienna barwa. Cząstka tego stworzenia może zmanipulować struktury zwierząt. Dzięki magii uda mi się wyodrębnić z jego dna składnik, odpowiadający za zmienność barw. Przekształcę tą moc. Pomoże mi zniemnać wygląda. Ochydności powstałe w wyniku wielu błędów matki natury. Wystarczy tylko znaleźć tego gada i... Rozejrzałem się zmieszany. W okół gęsta i zielona roślinność dżungli leżącej na terenach południa. Wysokie drzewa i których wisiały pnącza. Obrośnięte pnie. Poniżej tego poziomu obfite krzewy i palmy. Błąkałem się po tej zielonej plątaninie gałęzi i liści, ale... kameleona ani śladu. Ich kamuflaż okazał się naprawdę świetny. Sprawdził się nawet w takiej sytuacji. Szkoda tylko, że nie pomyślałem o tym wcześniej... Nie mam z nim szans. Nie znajdę tego gada. Nie sam. Moje ucho wychwyciło szelest. Podniosłem szybko głowę. Nastawiłem uszu i nasłuchiwałem. Płynne kroki. Wyważone, zgrabne ruchy. Z gęstwiny wyłoniła się czarna wilczyca. Na twarzy miała malowidła. Spojrzała na mnie szafirowymi oczami i uśmiechnęła się.
- Zgubiłeś się? - zapytała spokojnie.
- Nie... Ja przepraszam bardzo, że tak nachodzę. Szukam składnika do eliksiru. Tylko tyle.
- Dobrze trafiłeś. Tutejsza rośninność jest naprawdę bogata.
- Ja... Szukam zwierzęcia.
Wadera spojrzała na mnie pytająco.
- Raczej niewielkiego. Ma łuski i ciekawą przypadłość... wtapiania się w otoczenie...
- Masz na myśli kameleona? - zapytała po chwili namysłu.
Przytaknąłem. Wilczyca wybuchnęła śmiechem. Nie byłem pewien dlaczego. Rozejrzałem się nerwowo.
- Coś się stało? - byłem całkowicie zmieszany.
- Nie. - odparła ocierając łezkę od śmiechu. - Kameleona mówisz... Łatwo je przegapić. Jak to ująłeś "wtapiają się w otoczenie". - kontynuowała z uśmkeszkiem na pyszczku. Powoli ruszyła w moją stronę. - Tylko... Żeby nie zauważyć go kiedy jest tuż przed twoim nosem?
Łapą ruszyła liść tuż przy mojej głowie. Roślina drgnęła nienaturalnie. Wilczyca śmiała się perliście kiedy liść zmieniał kolor na brązowy i zacząłem rozpoznawać w nim niewielkiego gada. Czułem jak się czerwienię.
- D... Dziękuję. - wydukałem i uśmiechnąłem się do niej. - Dziękuję ci...?
- Huraya. - Odpowiedziała rozbawiona wadera.
"Owoc Nominolium". Nominolium to niezwykła roślina. Potrafi przybierać różne kształty i formy.
 Krążyłem w okół sadzawki. Woda oświetlała ściany groty. Lśniła jak lustro. Rzucała błękitne i złote promienie na zimne skały. Na powierzchni majaczyły blade obrazy. Przesuwałem się postacie. Wyblakłe kształty. Wewnątrz czułem wściekłość. Ohydną i nieokiełznaną. Zardrość i ból. Ból gorszy niż rany czy siniaki. Ból złamanego serca. Patrzyłem na majaczące kształty. Takie to żałosne. Całe to... życie. Szczęście. Miłość. Patrzyłem na sceny z obrzydzeniem. Marność. Beznadziejność. Niedoskonałości ludzkie. Kruche serca. Naiwne myśli.
Ludzie zostali stworzeni z tyloma wadami. Z rysami które psują harmonię świata. Zakłucają naturę. Niedoskonałe istoty. Są chorobą dla tego świata. Zatruwają go. Są jak wirusy dla organizmu. Wyniszczają go aż nie zostanie nic...
Wtedy mnie olśniło. Choroby można leczyć. Niedoskonałości... to.... To wszystko można uleczyć. Można oczyścić z tego świat. Uwolnić go. Sprawić, że stanie się idealny.
Tak. Gdybym miał stworzyć eliksir, to było by to. Lek na wszelkie wady. Yi Bianselong. Zmieniający niedoskonałe w doskonałe. Tylko jak... Spojrzałem głęboki błękit wody. "Łuska Hipohampusa" pomyślałem. Te stare stworzenia, mają w sobie wiele pradawnej magii. "Dusza syreny." składnik godny eliksiru. "Owoc Nominolium". "Ślina kameleona". To wszystko przygotowane w "Wodzie z wiecznego źródła". Mieszanka prawdziwie magiczna. Lek na niedoskonałość. Wytępię wszystkie błędy ewolucji. Wyniszczę ból i cierpienie. Znikną z ziemi... raz i na zawsze.
"Ślina kameleona". Postanowiłem zacząć od najprostszego składniku. Tak przynajmniej mi się wydawało. Te małe gady potrafią zmieniać kolory. Dostosowują się do otoczenia. Idealnie wtapiają się w nie, kiedy ich wadą staje się odmienna barwa. Cząstka tego stworzenia może zmanipulować struktury zwierząt. Dzięki magii uda mi się wyodrębnić z jego dna składnik, odpowiadający za zmienność barw. Przekształcę tą moc. Pomoże mi zniemnać wygląda. Ochydności powstałe w wyniku wielu błędów matki natury. Wystarczy tylko znaleźć tego gada i... Rozejrzałem się zmieszany. W okół gęsta i zielona roślinność dżungli leżącej na terenach południa. Wysokie drzewa i których wisiały pnącza. Obrośnięte pnie. Poniżej tego poziomu obfite krzewy i palmy. Błąkałem się po tej zielonej plątaninie gałęzi i liści, ale... kameleona ani śladu. Ich kamuflaż okazał się naprawdę świetny. Sprawdził się nawet w takiej sytuacji. Szkoda tylko, że nie pomyślałem o tym wcześniej... Nie mam z nim szans. Nie znajdę tego gada. Nie sam. Moje ucho wychwyciło szelest. Podniosłem szybko głowę. Nastawiłem uszu i nasłuchiwałem. Płynne kroki. Wyważone, zgrabne ruchy. Z gęstwiny wyłoniła się czarna wilczyca. Na twarzy miała malowidła. Spojrzała na mnie szafirowymi oczami i uśmiechnęła się.
- Zgubiłeś się? - zapytała spokojnie.
- Nie... Ja przepraszam bardzo, że tak nachodzę. Szukam składnika do eliksiru. Tylko tyle.
- Dobrze trafiłeś. Tutejsza rośninność jest naprawdę bogata.
- Ja... Szukam zwierzęcia.
Wadera spojrzała na mnie pytająco.
- Raczej niewielkiego. Ma łuski i ciekawą przypadłość... wtapiania się w otoczenie...
- Masz na myśli kameleona? - zapytała po chwili namysłu.
Przytaknąłem. Wilczyca wybuchnęła śmiechem. Nie byłem pewien dlaczego. Rozejrzałem się nerwowo.
- Coś się stało? - byłem całkowicie zmieszany.
- Nie. - odparła ocierając łezkę od śmiechu. - Kameleona mówisz... Łatwo je przegapić. Jak to ująłeś "wtapiają się w otoczenie". - kontynuowała z uśmkeszkiem na pyszczku. Powoli ruszyła w moją stronę. - Tylko... Żeby nie zauważyć go kiedy jest tuż przed twoim nosem?
Łapą ruszyła liść tuż przy mojej głowie. Roślina drgnęła nienaturalnie. Wilczyca śmiała się perliście kiedy liść zmieniał kolor na brązowy i zacząłem rozpoznawać w nim niewielkiego gada. Czułem jak się czerwienię.
- D... Dziękuję. - wydukałem i uśmiechnąłem się do niej. - Dziękuję ci...?
- Huraya. - Odpowiedziała rozbawiona wadera.
"Owoc Nominolium". Nominolium to niezwykła roślina. Potrafi przybierać różne formy. Nie ma własnego kształtu. Updabnia się wyglądem do innych roślin. Potrafi podszyć się pod każdy element flory. Jest nie do rozpoznania. Jedynie co ją zdradza to owoce. Mają w sobie to co w tej roślinie najcenniejsze. Soki i roztwory, które w przyszłości odpowiadają za zmienność młodej sadzonki. Wyciąg z Nominolium to silna substancja, działająca nie tylko na wygląd, ale też na psychikę. Stanąłem chwiejnie na omszałej gałęzi. Na jej końcu rosła zwykła paproć. Roślina oplotła drzewo swoimi korzeniami. Wciągnęła liście w stronę złotego słońca. Z pomiędzy delikatnych gałązek wystawał pulchny, rudoczerwony owoc. Ostrożnie zrobiłem krok do przodu. "Tylko nie patrz w dół. Tylko nie patrz w dół." Powtarzałem sobie w kółko. Pazury wbijały się w śliską korę. Łapy trzęsły przy każdym kroku. Wbiłem wzrok w roślinę przedemną i starałem się myśleć tylko o niej. "Nie patrz w dół. Nie patrz w dół." Kawałek mchu oberwał się od gałęzi. Poślizgnąłem się. Straciłem na chwilę równowagę. Zgubiłem z widoku paproć. Wszystko zawirowało.
Oddychałem szybko. Pazury trzymały się zawzięcie kory. Jedna łapa wisiała bezwładnie. Głowa kierowana w stronę ziemi. "Ja w dół patrzę!" Przerażony podnosiłem się szybko. Nie mogłem oderwać wzroku od ziejącej głębi podemną. Rośliny przesłaniały dno, ale wiedziałem że ona gdzieś tam jest. Uspokoiłem oddech. Skopokoiłem drżenie. Podniosłem wrok. Paprotnik był tuż przede mną. Tłusty owoc czrewienił się ogniście w słońcu.
 "Łuska Hipohampusa". Dzikie i pradawne zwierzę. Mieszkają w głębinach morza. Podobno pamiętają nawet chwilę stworzenia świata. To wieczyste i pradawne stworzenia. Najdoskonalsze z istot jakie istnieją. Patrzyłem jeszcze przez chwilę na cudowny zachód słońca. Krwista tarcza zlewała się z linią wody. Światło powoli tonęło w morskiej toni. Przymknąłem powieki i wziąłem ostatni oddech.
Bąbelki powietrza unosiły się w góre, kiedy ja powoli opadałem ma dno. Woda stawała się mętna. W okół panował coraz gęstrzy mrok. Bańka powietrza przy moim pysku skurczyła się od ciśnienia. Zaczęły pojawiać się ciemno zielone i żółte wierzchołki wodorostów. Podniosłem wrok w stronę powierzchni godzi właśnie zaszło słońce. Zapanowała całkowita ciemność.
Kiedy dotknąłem łapami dna podniosła się chmura piasku. Małe glony fosforyzowały blado, dając mi blade pojęcie orientacji. Rozejrzałem się, ale poza długimi roślinami wodnymi nie było tu nic. Zacząłem przebierać łapami powoli posuwając się na przód. Wypłynąłem z lasu. Pojawiła się otwarta przestrzeń, której widok dziwnie przytłaczał. Skały przy dnie tworzyły labirynt. Rośliny miały różne barwy i krztałty. Z każdą chwilą bańka powietrza malała. Musiałem się pośpieszyć.
Wśród monotonnego ruchu wody pojawił się jakiś dźwięk. Spojrzałem w czarnął głębię i przez chwilę wydawało mi się, że widzę kształty. Może tylko ryby... Dźwięk stał się wyraźny. Słodki. Perlisty. Układał się w słowa ale nie potrafiłem ich zrozumieć. Pieśń niosła się echem w toni. I wtedy z ciemności wyłoniły się rybie kształty. Ich włosy falowały ładnie. Twarze wydawały się lśnić w mroku. Łuski na ciele połyskiwały. Ogon mącił wodę. Syreny. Ich pieśń się nasiliła. Była piękna i czysta. Zaczęły mnie okrążać. Zaciśniały krąg. Pieśń ucichła. Spojrzałem na otaczające mnie stwory. Zatrzymały się w miejscu. Ich dłonie stały się szponami. Oczy błysnęły żółto. Syknęły dziko churem i rzuciły się w moją stronę. Zamachnął się łapą. Skaleczyłem jedną, która natychmiast oddaliła się nieco z wrzaskiem. Kolejny stwór dopadł mnie. Zaczęła szarpać, ciągnąć w stronę głębi. Wykręciłem się. Odepchnąłem ją od siebie. Przypadły kolejne. Gryzły, szarpały. W okół mnie pojawiła się krew. Rzucałem się rozpaczliwie. Nie mogłem żadnej dosięgnąć. Zacząłem opadać z sił. Nagle syreny mnie porzuciły. Syknęły wściekle i zniknęły gdzie w labiryncie wodorostów. Powoli opadałem na dno. Smugi krwi unosiły się w okół. Patrzyłem w górę mając nadzieję, że właśnie tam jest powierzchnia. Widok przesłonił mi ciemny kształty. Zamajaczył przy mnie. Trącił lekko. Odpłynął. Nagle zawrócił. Zwierzę ryknęło. I ruszyło na mnie wierzgając i młucąc kopytami wodę. Próbowałem się podnieść, ale nie dałem rady. Powietrze przy pysku ulatniało się. Odwróciłem głowę i spojrzałem na rozpędzonego Hipohampusa. Czułem jak serce przyśpiesza rytm.
Błysnęło coś przedemną. Zwierzę zakotpowało wodę i podniosło chmurę piasku. Podniosłem się chwiejnie. Zza pyłu wyłoniły się dwa kształty. Syrena walczyła z półkoniem. Raniła go pazurami. Unikała jego ciosów. Skoczyłem w ich stronę. Chwyciłem kark zwierzęcia. Zacząłem drapać twarde łuski. Stwór zawył rozpaczliwie. Bryknął energetyczne, zwalając mnie z siebie. Machnął ogonem i zniknął w mroku głębin. Spojrzałem na delikatną twarz syreny. Na jej rumiane policzki i łagodny uśmiech. Otworzyłem pyszczek, żeby się do niej odezwać...
Woda zalała mi gardło. Natomiast zacząłem się dusić. Ciśnienie zaczęło ma mnie działać. Ściskało płuca. Ogłuszało. Zaciskałem w łapie połyskującą łuskę. Starałem się rozpaczliwie złapać dech. Wszystko się zlewało. Wszystko stało się ciemnością.
Wziąłem głęboki oddech. Zacząłem kaszleć. Wypluwałem wodę z płuc. Przedemną siedziała syrena. Jaj skóra lśniła w świetle księżyca. Długie włosy padały na plecy i biust. Utkwiła we mnie swoje spojrzenie.
- Dlaczego? - wysapałem. Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Nie każdy ma odwagę zejść na dno oceanu. - założyła włosy za ucho. - Zaciekawiłeś mnie... - jej drżący głos się załamał. Niepewnie położyłem dłoń na jej ramieniu. Dziewczyna przymknęła powieki i opuściła głowę. - Ty... Przypominasz mi go. Tak bardzo mi go przypominasz. Gdybym mogła cofnąć czas. Gdybym mogła go udawać...
- Ciii... - powiedziałem spokojnie. Objąłem ją niepewnie. Syrena trzęsła się w moich ramionach. Po chwili cofnęła się nieco. Wypuściłem ją. Zdjęła z policzka lśniącą łzę i wyciągnęła ją w moją stronę.
- Weź ją. Weź... Zmieniaj świat. - uśmiechnęła się blado i zniknęła w czarnej toni.
"Woda wiecznego źródła".
Usiadłem na zimnej skale. Z dłoni wylałem srebżystą wodę. Odbijała się w niej siną tarcza księżyca. Wycisnąłem sok z owocu Nominolium. Dodałem śliny kameleona. Pokruszyłem łuskę Hipocampusa. Zatrzymałem na dłoni łzę i potrzyłem na nią przez chwilę. Mała, błyszcząca łezka. Oczy to zwierciadło duszy. Łza jest czymś tak rzadkim u syren jak serce. A ona poświęciła swoje w całości dla kochanka. Chłopak oddał życie, a ona nie przestała go kochać. Nie przestała pamiętać... Pozwoliłem kropli zpaść do reszty wywaru. Światło księżyca wlało na eliksir swój blask. Ciecz stała się srebrna. Miała tęczowy połysk. Udało się... Naprawdę ten świat. Pozbędzię się wad. Wziąłem mały łyk wywaru. Jego ciepło rozlało się po moim ciele. Spojrzałem w moje odbicie w wodzie. Nic... Nic się nie zmieniło. Byłem dalej tym samym, szarym wilkiem. Spojrzałem na ogony. Też nic. Nagle zachwiałem się. Obraz zawirował mi przed oczami. Zobaczyłem twarz syreny. Uśmiechała się. Ściskała czyjąś dłoń. Zobaczyłem barwną roślinność dżungli. Hipohampusa który zanużyły się w mroku. Zawył cicho. Zza skał wyłoniło się jego młode. Wtuliło się w matkę.
Ten świat jest idealny. Na swój sposób jest piękny. Ludzie, zwierzęta... mają wady. Każdy je ma. I to czyni nas pięknymi. Wszystkie blizny sprawiają, że jesteśmy wyjątkowi. Sprawiają, że jesteśmy sobą. Idealni jesteśmy tacy jacy jesteśmy. Nie powinniśmy się zmieniać. Nie powinniśmy nic zmieniać. Każdy jest cudem. Indywidualnym cudem.
Podniosłem się gwałtownie z ziemi. Słyszałem bicie swojego serce. Słyszałem każdy dźwięk, każdy szelest. Widziałem glizdę wychodząc z ziemi. Czułem jak pulsuje ziemia. Spojrzałem w niebo. Dalej niż kiedykolwiek.
"Eliksir harmonii"

sobota, 26 listopada 2016

Od Kserksesa - Opowiadanie konkursowe, etap II

Wstałem wraz z pierwszymi promieniami słońca. Właściwie nie spałem już od dłuższego czasu, a jedynie przewracałem się z boku na bok. Byłem zbyt podekscytowany wizją tego, co ma wydarzyć się w ciągu najbliższych dni, by móc odpłynąć w krainę marzeń sennych.
W podskokach podbiegłem do ociosanego kamienia, który robił mi za biurko, stół i łóżko dla gości, w zależności od potrzeb. Dzisiaj powierzchnia blatu pokryta była ciemnymi plamami z inkaustu, zagracona licznymi kartkami, zwojami i piórami do pisania.
Z radością chwyciłem zwój, na którym widniało tłumaczenie tekstu. Tak, dostałem jakiś tekst do przetłumaczenia, napisany dziwnym językiem. Ot, wstałem sobie któregoś dnia, a tu przed wejściem do mojej jaskini leżał stary papirus, schowany w skórzanym pokrowcu. Nie miałem pojęcia, kto go przyniósł – nie przyległ do niego żaden zapach, żaden włosek. Nic. Nie chciałem sobie jednak tym zaprzątać głowy.
Jeszcze raz spojrzałem na przetłumaczony tekst, by sprawdzić, czy nie zrobiłem w nim żadnych błędów. Był to przepis na jakiś eliksir, napisany pradawnym, zapomnianym już językiem. Musiałem wypożyczyć wiele ksiąg z biblioteki, by udało mi się go odczytać. Nie mogłem znaleźć słownika, który tłumaczyłby ten dziwaczny język bezpośrednio na nasz. I tak, musiałem przepisać tekst z pradawnego na cebuański, z cebuańskiego na suahili, a z suahili w końcu na nasze. Sprawy nie ułatwiał fakt, że przepis zawierał sporo archaizmów i był w wielu miejscach zupełnie nieczytelny. Udało mi się odczytać coś, co brzmiało mniej więcej tak:
„(tekst zamazany) wytworzyć życie, wrócić je na nowo. (tekst zamazany) służyć do odwrócenia (plama).
Składników następujących potrzebować będziesz:
Jedna uncja ognistego szafranu
Garść sfermentowanych skrzydeł muchy plujki
Słoik oddechu Jarquy (o nie!)
Kwiat paproci
Włos bliskiej osoby
Zgromadziwszy wyżej wypisane składniki, ogrzać należy je w kotle miedzianym, na ogniu wolnym. Zamieszać chochlą spiżową ruchami owalnymi, od lewicy do prawicy prowadzącymi.”
Niewiele z tego tekstu rozumiałem. Zwinąłem zwój, chwyciłem go w pysk i ruszyłem w stronę miejsca, gdzie zazwyczaj Rizkynn, nasza Opiekunka, przebywała w godzinach pracy. Podbiegłem do niej, zwalniając kroku dopiero wtedy, gdy znalazłem się dosłownie kilka metrów od wadery. Wyjąłem zwój z pyska i odczekałem chwilę, aż uspokoi mi się oddech.
- Dzień dobry – przywitałem się. Wilczyca widziała mnie wcześniej, lecz najwidoczniej stwierdziła, że to ja powinienem odezwać się pierwszy.
- Witaj – odpowiedziała. – Co cię do mnie sprowadza? – Nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Rizkynn nieswojo czuje się w moim towarzystwie. Na ten moment wolałem założyć po prostu, że jest nieśmiała i chciałem możliwie jak najszybciej wyjaśnić sprawę.
- Tutaj – rozłożyłem przed nią zwój – mam przepis na eliksir, który może ratować życie. Myślę, że warto spróbować go zrobić. Problem w tym, że ognisty szafran nie rośnie na naszych terenach, muszę mieć pozwolenie na opuszczenie terenów watahy.
Wilczyca westchnęła ciężko i spojrzała na mnie z… politowaniem? Nie, musiało mi się przywidzieć.
- Ech, widzisz tę listę składników? Nie wydaje mi się, by to było warte zachodu. Skąd masz ten przepis? Nie wiemy nawet, czy jest prawdziwy. Chociaż… rób co chcesz. Ale nie przybiegaj do mnie potem z płaczem. Możesz już odejść.
- Dziękuję, do widzenia – wypaliłem i odbiegłem w podskokach. Teraz pora zacząć zbierać składniki!
*
Poszukiwania zacząłem od najprostszego składnika – zebrałem bowiem włos ukochanej osoby. Tak, wyrwałem sobie jeden kłaczek z futra. Samouwielbienie level hard.
Ze sfermentowanymi skrzydłami muchy plujki było już nieco trudniej. Skonstruowałem siatkę na muchy ze starego kawałka materiału oraz kilku patyków i zacząłem szukać much. Problem w tym, że na Wschodzie panowała zima, więc much nie było. Podreptałem więc na zachód, gdzie ze znalezieniem insektów nie było problemu. Tak się tą siatką namachałem, że przez kilka dni bolały mnie łapy. Byłem jednak zadowolony, że udało mi się zdobyć składnik. Po powrocie do jaskini wykonałem mozolną pracę polegającą na oddzielaniu skrzydełek od każdego z ciałek (leksykon medyczny o leczeniu much bardzo mi się w tym przydał). Zostawiłem je w dość wilgotnym słoiku, pozwalając im przefermentować.
Ze zdobyciem oddechu Jarquy miałem już niemały problem. Cóż, jeśli chodzi o to stworzenie… Po ostatniej walce na arenie została mi niemała trauma, niemal wtedy zginąłem. W końcu znalazłem takiego plugawego robaka, no i łaziłem za nim w ukryciu przez ładnych parę godzin. Już miałem się poddać, stchórzyć i wrócić do domu, kiedy bestia zdecydowała się ułożyć do snu. Na paluszkach zbliżyłem się do przebrzydłego stawonoga. Podszedłem do pyska i przystawiłem do niego słoik, który szybko zakręciłem. Robak najwyraźniej wyczuł mój zapach. Obudził się i zaczął szarżować prosto na mnie, a ja… no cóż, uciekłem, gdzie pieprz rośnie.
Mogłoby się wydawać, że z kwiatem paproci będzie dużo zachodu, ja miałem jednak akurat na stanie. Cóż za szczęście.
Wyruszyłem więc poza tereny Watahy Wilków Popiołu, by zebrać ognisty szafran. Nie miałem pojęcia, jak ta roślina wygląda o tej porze roku i kilka tygodni włóczyłem się bezskutecznie po nieznanych terenach. W końcu znalazłem coś, co musiało być ognistym szafranem – wyglądało jak zwykły szafran, ale płonęło, nie spalając się przy tym.
Teraz, kiedy miałem już wszystkie składniki, mogłem przystąpić do tworzenia eliksiru.
Postąpiłem zgodnie z instrukcjami, mieszając składniki w odpowiedni sposób i w odpowiednich proporcjach. W końcu powstała zielona, glutowata masa, którą zostawiłem do wystygnięcia.
Nie zgadniecie, co wydarzyło się następnego dnia! Spałem sobie spokojnie, a obudziło mnie dzikie szarpanie w ucho. To bolało!
Otworzyłem oczy, które zaraz potem coś próbowało wydłubać. Coś, czyli zielona, żywa masa, uformowana w kształt szpetnego stworka. Jednym ruchem strąciłem ją z siebie.
Ta jednak nie poddawała się. Rzuciła się na mnie, pokrywając moje ciało krwawiącymi ranami. Próbowałem chwycić ją zębami, ale z marnym skutkiem. Rzucaliśmy się tak po całej jaskini, robiąc niemały bałagan.
W końcu zaatakowałem stworka ogniem. Zaskwierczał śmiesznie i rozsypał się w ciemnozielony, śmierdzący spalenizną proszek.
Zabrałem się do sprzątania. Zwoje, księgi, ozdóbki i inne rzeczy nagromadzone przeze mnie w czasie, gdy tu mieszkałem, były teraz porozwalane po całej jaskini. Kiedy podszedłem do kociołka, zorientowałem się, że jest pusty. Szybko dodałem dwa do dwóch i doszedłem do wniosku, że substancja ożyła. Cóż, ciekawe. Nawet bardzo. Przeczytałem zwój jeszcze raz (teraz nieco pognieciony, upadłem na niego podczas walki).
Wyglądało na to, że zatarte fragmenty mogły być bardzo istotne. Najprawdopodobniej przepis, który otrzymałem, służył do wytworzenia małego golema bojowego. Z jakiegoś tylko powodu potworek zaatakował stwórcę.
Przyjrzałem się oryginałowi jeszcze raz, próbując ponownie go przetłumaczyć i dotarło do mnie, gdzie popełniłem błąd. Występujący w opisie włos należeć miał bowiem nie do osoby ukochanej, a znienawidzonej (co ciekawe, te dwa słowa brzmiały w tym pradawnym języku niemalże identycznie). A więc to, dla kogo stworek będzie agresywny, zależało od użytego włosa.
Zamazałem słowo „ukochanej” wielkim kleksem i wpisałem już właściwe sformułowanie. Na górze zwoju napisałem tytuł, „Śmiercionośny, glutowaty ludek eksterminacji”. W skrócie „Eliksir Chowańca”, no bo tak prościej. Może to niezbyt kreatywna nazwa, ale dobrze opisywała to, co udało mi się stworzyć.
Cóż, przynajmniej dostałem nauczkę - nigdy nie zostawiać podejrzanego eliksiru samego, bo może zaatakować. Czy coś.
KONIEC.

Od Anadil - Opowiadanie konkursowe, etap II

Czasem przychodzą takie dni, w których albo siedzi się w jaskini i nie wychodzi z niej co najmniej do obiadu, albo wręcz przeciwnie - stawia się czoła losowi i przeżywa wiele przygód. Ja zdecydowanie jestem zwolenniczką tego drugiego rozwiązania. Dlatego też, w ten chłodny, jesienny poranek, opuściłam swoją grotę, kierując się nad strumyk. Wysłuchana w szum wody, rozmyślałam, rozmyślałam...
***
Niebo przeszyła błyskawica, a zewsząd dobiegał odgłos grzmotu. Skoczyłam na równe łapy. Bosko, chyba zasnęłam. Co więcej, mimo wczesnej pory, rozpętała się burza. Nic dziwnego, od paru dni nad stadem zbierały się chmury, aż wreszcie, tak liczne, rozpętały nawałnicę.
Smagana podmuchami wiatru, wyjącego wściekle, pogałam z powrotem do domu. Kolejny piorun rozświetlił niebo, by po chwili spaść na ziemię z łomotem. Nareszcie wygrałam walkę z wichrem- dopełzłam do jaskini. Przemoczona do suchej nitki oddałam się przyjemności czytania. Pozwalało mi to zapomnieć o smutku, o złości...
Powoli przewracając kartki, natknęłam się na niezwykłą ilustrację przedstawiającą wilka zbierającego brązowe głazy i składającego je w wieżę. Zdziwiona spojrzałam na drugi obrazek. Tym razem owy wilk stał na czubku tej chybotliwej, szpiczasto zakończonej budowli, a wokół niego szalała burza.
- Wariat. - mruknęłam pod nosem. Zauważyłam jednak coś, co mnie zaintrygowało. Wilk trzymał bowiem coś na kształt sporej strzykawki z grubą igłą i kulistym zbiornikiem. Analizując ilustrację jeszcze dokładniej, spostrzegłam także jeden z piorunów, biegnący wprost do naczynia. Podpis pod obrazkiem głosił " Zbieranie błyskawic było ryzykownym, lecz opłacalnym zajęciem. Esencję elektryczną wykorzystywano w alchemii, służyła ona także do ogłuszania i oślepiania."
Nagle doznałam olśnienia. Gdyby małe światełka pojawiały się nad nami w trakcie brzebłysków, nad moją głową huczałaby salwa fajerwerków. Niemalże czułam, jak w moim mózgu obracają się trybiki, by w końcu...
- Eureka. - szepnęłam.
Pospiesznie wygrzebałam spod stosu ksiąg, liści i innych klamotów niewielki notes. Złapałam go w zęby, a rysik zatknęłam sobie za ucho. Mimo tego, że burza nadal zachowywała się co najmniej nagannie, wyszłam na zewnątrz.
*** 
- Uff. Chyba gotowe.
Pod dachem mojej jaskini zebrałam potrzebne przedmioty. Kocioł, łyżka, cylinder miarowy...
- A co z...- zetknęłam na obrazek- Co z Shândizhu?- ledwie wydukałam nazwę dziwnej strzykawy.
Postanowiłam zapytać przywódczynię mojego stada, Huayrę.Jaskinia wadery znajdowała się zaledwie kilometr od mojego domu, więc podróż nie zajęła dużo czasu.
Przed wejściem do groty grzecznie zapukałam w skałę.
- Tak?- usłyszałam ciepły, dodający otuchy głos. Weszłam do środka. Huayra serdecznie mnie przywitała.
- Czy...czy słyszałaś może o czymś takim jak Shândizhu?
Wilczyca zmarszczyła nos.
- Chodzi ci o urządzenie do chwytania energii elektrycznej?
- Najwyraźniej tak. Masz może jedno na zbyciu? - szłam w zaparte.
Myślałam, że wadera skoczy mi do gardła. Instynktownie cofnęłam się. Mina mojej przywódczyni była jednocześnie przerażona i wściekła.
- Nie wiesz na co się porywasz! To bardzo niebezpieczne!- krzyknęła, ale widziałam, że zaczęła cofać się w kierunku zagraconej półki z księgami.
- Będę ostrożna, obiecuję! - zrobiłam maślane oczka. W odpowiedzi Huayra tylko westchnęła i wyjęła z półki lekko już zakurzone Shândizhu. Potem wyprowadziła mnie z jaskini bez słowa.
Zaskoczona i nieco przerażona niespokojną reakcją wilczycy wróciłam do mojej groty.
- W porządku, teraz składniki.- wymamrotałam do siebie. Zanotowałam w notesie:
" Woda z..."
Zerknęłam do księgi i przeczytałam: " Woda ze źródła Móshui ma właściwości magiczne, jest niczym czysta energia..."
Dopisałam: " ...Móshui".
Wybiegłam na zewnątrz. Jak tak dalej pójdzie, to dzisiaj nabiegam się za wszystkie czasy.
Droga do stada Wschodniego była długa i monotonna, ale wreszcie doczłapałam do celu. Szukałam Rizkynn. Nie sądziłam, że mogę wejść na jej terytorium bez pozwolenia. Miałam coraz gęstrze krzaki, aż w końcu spostrzegłam waderę w towarzystwie trzech wilków. Poczułam się nieco skrępowana...
- Halo! Przepraszam, czy mogę tu trochę pomyszkować w poszukiwaniu składników?
Wilczyca uśmiechnęła się dobrodusznie.
- Oczywiście słonko, tylko uważaj na siebie, proszę.
- Tak jest!- rzuciłam w biegu. Usłyszałam za sobą przyciszony głos " Rety, jak ta dziewczyna się spieszy!", ale nie przejęłam się tym. 
Droga do źródła nie była za długa, właściwie po dziesięciu minutach byłam na miejscu. Woda zdawała się emanować niezwykłym blaskiem. Gdy nabierałam ją do flakonu, niemalże czułam jak energia dodaje mi sił. Zakorkowałam naczynie i z nadzieją, iż padający deszcz nie wleciał do niego, otworzyłam notatnik.
- Teraz...- podrapałam się za uchem.- Teraz łuska... SMOKA?!- zatrzęsłam się że strachu. Dlaczego smok?! Nie mógłby być to króliczek...? Nie, przecież w księdze wyraźnie wspomniano, że "Smocza łuska może służyć do transformacji i mogryfikacji".
Z duszą na ramieniu szukałam bestii. Liczyłam na mały, powolny okaz. Przeczesywałam wzrokiem każdy skrawek lasu, ale co z tego. Smoka jak nie było, tak nie ma. Poddałam się. Zawróciłam i... spojrzałam w wielkie ślepia potwora.
Smoczydło miało około trzech metrów wysokości, a jego ogon zdawał się nie mieć końca. Patrzył na mnie lekko osłupiały, niby moje lustrzane odbicie. Łuski lśniły na nim zachęcająco. Wystarczyło skoczyć i... wyrwać. Niewykonalne. Ale...
- Ej, ty, duży! - wrzasnęłam. Bestia otrząsnęła się i zionęła ogniem. Płomienie musnęły moje ciało, nie robiąc mi krzywdy. Korzystając z chwilowo zmniejszonej widoczności spowodowanej nieprzemyślany wybuchem gorąca, przebiegłam obok stwora, kalecząc jego bok pazurami. Udało mi się obluzować jedną z cennych łusek, ale kosztowało mnie to zwrócenie ponownie uwagi smoka. Oberwałam lekko jego pazurem po karku. Otoczyłam się Osłoną błyskawic i znów przebiegłam obok bestii, urywając łuskę. Smok zawył z bólu i wściekle na mnie spojrzał. 
- W nogiiiiiiiii!- histeryzowałam, biegnąc po krętej ścieżce. Maszkara była tuż za mną. Nagle poślizgnęłam się na mokrych od deszczu liściach i... 
Monstrualnej wielkości błyskawica strzeliła prosto w mojego prześladowcę, ogłuszając go. Smok upadł na mokrą ziemię i nie ruszał się. Miałam wyjątkowe szczęście, nie licząc rany na karku. Nic jednak mnie nie obchodziło, poza notatnikiem. Leżał cały zmięty, powyginany, uwalany błotem, lecz wciąż jeszcze czytelny. Napisałam kolejny składnik: "Wywar z płatków Róży Dymnej". Wreszcie coś prostego.
Pozory mylą.
Już trzecią godzinę wlokłam się po lesie, rozglądając się za kwiatem. W mojej ranie był pył, a łapy wyglądały niczym z błota. Przeklęta Flora Wschodu! Gdzie ta diabelska roślina!?
Człapałam jedną z głównych ścieżek tych terenów, aż wreszcie trafiłam na zapach wilków. Zrobiłam krok, a tu nagle z krzaków wyskoczyła Rizkynn.
- Kochana, co się stało? Szukam cię już od godziny!
Zauważyła ranę. Kurczę.
- Potrzebuję tylko wywaru z płatków Róży Dymnej...- zniesmaczona cofnęłam się.
Wadera zaśmiała się melodyjne. Otarła łzę z oka i rzekła:
- Biedactwo. Róże rosną tylko w dzikich ostępach ruchomego lasu, nie w małym zagajniku.
Otworzyłam szeroko pysk. Szukałam na marne?!
- Spokojnie, mam ten wywar w zapasie, pożyczę ci. Pożyczę, znaczy że mi oddasz.
- Mhm.- zawstydzona podążałam za wilczycą do jej jaskini. Otrzymałam czysty, ładny flakonik z płynem.
- Dzięki.- uśmiechnęłam się nieśmiało i potruchtałam na tereny mojego stada. Będąc nad znajomym strumieniem na obrzeżach południa, zapisałam kolejny składnik: "Pióro gryfa". Gdzie ja znajdę gryfa?! Od dawna nikt ich nie widział, więc nawet nie wiadomo, czy jeszcze żyją, czy może już wykitowały! No, ale książka mówiła "Pióra gryfów uodparniają, są niczym tarcza na trucizny itp.". Jedyną nadzieją były więc Skały Gryfów. 
 W czasie nie długiej drogi do tego miejsca zauważyłam, że tu burza nie sięga. Oby nadal była nad moim domem, bo inaczej z planu nici. Będąc na miejscu wnikliwie węszyłam, szukając zapachu tych stworzeń. A czy ja wiedziałam, jak pachną gryfy? Nie. Nic dziwnego więc, że zamiast celu znalazłam kozę.
- Siooo mi z tąd! - odgoniłam zwierzę.
Kózka nie zwróciła jednak na mnie uwagi. Wytknęłam jej język. Nagle zwierzak uciekł, jakby zobaczył na nim ducha. Zdziwiona schowałam jęzor i przejechałam po nim zębami. Nic nie czułam. W takim razie co odstraszyło...
Podmuch wiatru niemal przewrócił mnie na ziemię. Usłyszałam tylko przeciągły pisk i tym razem upadłam, lekko zamroczona.
Gdy już doszłam do siebie, wstałam. Wyczułam zapach krwi. Serce podskoczyło mi gdzieś w okolice gardła. Czy to...Potwór...?
Zrobiłam kilka kroków i wyjrzałam zza skały. Moim oczom ukazała się znajoma tchórzliwa, bojąca się zwykłego wiatru koza. Nie zmieniła się prawie wcale. Wyjątek stanowiło to, że była martwa, leżała w kałuży krwi. Chciałam podejść i sprawdzić, od czego zdechła, ale znów usłyszałam przeszywający pisk. Zamknęłam oczy i przykryłam łeb łapami. Gdy odważyłam się spojrzeć, koza zniknęła, a na jej miejscu leżało...
Pióro.
Czyli gryfy jeszcze żyją! Nie mogłam uwierzyć własnemu szczęściu. Spotkałam gryfa! Mam piórko! Zadowolona jak nigdy dotąd schowałam cenną zdobycz. 
- Uff, czas na jakże wyczekiwany powrót do cieplutkiej, przytulnej jaskini.- westchnęłam.
Ponownie wkroczyłam w strefę chmur i burzy. Deszcz powoli już przechodził, ale na moje szczęście pioruny nadal nie ustępowały. Usiadłam w mojej grocie i zapisałam w nieodłącznym notesie: "Esencja elektryczna".
Zerknęłam do księgi. Odczytałam nazwę owych dziwnych, brązowych kamieni. 
- Yânshi. - chwyciłam w zęby Shândizhu i wyszłam na dwór. Znalazłam optymalne miejsce do wybudowania wieży. Głazów Yânshi było tu całkiem sporo, a drzewa nie utrudniały mi roboty. Kamienie okazały się być stosunkowo lekkie, ale po kilku rundkach od wieży do skałek bolało mnie dosłownie wszystko. Musiałam odpocząć.
Wtem krzaki tuż za mną zaszeleściły.
- Idź sobie ktosiu!- mruknęłam, nie odwracając się. Było mi wszystko jedno. I tak nigdy nie uda mi się zbudować tego przeklętego słupa.
- Ekhem.
Momentalnie podskoczyłam i odwróciłam się.
Huayra.
- Nigdy nie mów nigdy, kochana. - uśmiechnęła się.
Skąd wiedziała? Mniejsza z tym. Po co tu przyszła?
- Wygląda na to, że nie zaszkodziłaby ci pomóc.- zauważyła wadera tonem doświadczonej ekspertki. - Co mam robić?
Potężny piorun przeszył zachmurzone niebo z głośnym hukiem. Wskazałam na kamienie, a potem na koślawe fundamenty wieży. Wilczyca już wiedziała, w czym rzecz. Zaczęła się zmieniać. Wyrósł jej perlistobiały róg, łapy stały się kopytami i nim się obejrzałam, stał przede mną jednorożec. Huayra machnęła rogiem i głazy uniosły się w powietrze. Yânshi poszybowały jak jeden mąż w kierunku słupka i ułożyły się w mocną wieżę. Jeszcze tylko ostatni kamyk stał się szpiczastym czubkiem i już mogłam zaczynać połów błyskawic.
- Dziękuję.- wyszeptałam do mojej przywódczyni.
Wdrapałam się na pierwszy głaz. Potem poszło już stosunkowo lekko, bo skały były ułożone niczym schodki. Na samym czubku słupa czułam się jak ogłuszona z powodu wszechobecnych piorunów i łomotów. Ze łzami strachu w oczach wyciągnęłam pysk, w zębach otrzymałam Shândizhu. Energia elektryczna zaczęła kierować się do zbiornika, a ja cała się trzęsłam. Gdy piorunów było już sporo, zamknęłam naczynie i w tej samej chwili błyskawica poraziła mi łapę. Zawyłam przeciągle i straciłam kontrolę nad swymi ruchami. Spadałam...może parę sekund, albo kilka lat...? Nie upadłam. Ocknęłam się w swojej jaskini. Nade mną stała Rizkynn.
- Ri, obudziła się.- szepnęła wadera, a ja ujrzałam Huayrę.
- Hej, kontaktujesz?- wilczyca leciutko potrząsnęła moją łapą.
- Noooo.. chybaa...- czułam się jakby zmiażdżyło mnie stado Rihmocerossów. - Gdzie moje...
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku.- uspokoiła mnie Rizkynn i wskazała za siebie. Stały tam moje składniki, wszystko, czego potrzebowałam do...
- Eliksir! - skoczyłam na równe łapy. Pobiegłam do kotła i wlałam wodę z Móshui.
- Zioła działają bezbłędnie, dziękuję.- mruknęła moja przywódczyni do opiekunki Wschodu, która, wykonwaszy swą powinność zielarką, ulotniła się.
Uczucie słabości i ciężkości minęło, zastąpione przez euforię.
Odmierzyłam starannie wywar z płatków Róży Dymnej i wrzuciłam smoczą łuskę. Zmierzałam składniki, jednocześnie nadążając z zapisywaniem przepisu w notatniku. Dorzuciłam piórko, a z mikstury wydobyły się kłęby fioletowego dymu. 
- No, to teraz najważniejsze...- rzekłam uroczyście i otworzyłam Shândizhu. Tuż nad powierzchnią eliksiru odwróciłam naczynie do góry dnem. Energia elektryczna wsiąkła w miksturę, nadając jej niezwykły, nieokreślony kolor. Gdybym miała zgadnąć, obstawiałabym granatowy. Na powierzchni substancji pływały malutkie pioruny.
- No i co to jest?- zapytała Huayra.
- Mingdiân, esencja energii błyskawic.
- Teraz wymyśliłaś nazwę? - żartobliwie syknęła wadera.
- Wiesz ty co!? Pracowałam nad nią parę godzin!!! - fuknęłam niby to gniewnie.
- Mniejsza o nią, co to robi?
- Uwaga, uwaga! Ten oto eliksir zmienia cię w...- zaczęłam, ale zapomniałam, co było dalej. Pospiesznie zerknęłam do notatnika.
- ...w istotę złożoną z czystej energii elektrycznej. Zyskasz władzę nad piorunami, jesteś niemal niezniszczalna, jednak nie może cię dotknąć nikt, kogo DNA nie znalazło się w miksturze. Daj włoska. - zgrabnym ruchem wyrwałam waderze włos z ogona i wrzuciłam do eliksiru.
- Auuu. Za co?- syknęła.
- Teraz będziesz odporna na mój dotyk, kiedy się przemienię. - wyjaśniłam.
- Chyba nie zamierzasz tego...- zaczęła Huayra, ale ja już łyknęłam solidną porcję mikstury. Przez dobrą chwilę nie czułam nic, ale po jakichś dziesięciu sekundach zaczęła się przemiana. Czułam się, jakby ktoś podpalił mi wnętrzności i piekło mnie w przełyku. Uczucie skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Spojrzałam na swoje łapy. Stały się... dziwnie eteryczne, koloru... galaktycznego?! Hmmm...
- Wow, cała jesteś...gwiezdna.- powiedziała wadera i spróbowała mnie dotknąć, lecz... jej łapa przepłynęła przez moje ciało. Biegałam po całej jaskini, siejąc spustoszenie, lecz wilczyca nie odczuła moich niszczących działań. Czułam, że moje nowe ciało jest potężne, jakby plazmatyczne. Gdzie tylko wystawiłam łapę, tam kierowałam pioruny i energię. Co najmniej pół godziny testowałam miksturę, lecz nagle poczułam, że przywaliłam pyskiem w skałę. Ups, eliksir przestawał działać. Kiedy już całkiem ochłonęłam z wrażeń, zwróciłam się do Huayry. 
- Ile czasu?
- Dokładnie godzina. Niezły pomysł z tym całym Mingdiân. - uśmiechnęła się.
- Dziękuję.- zarumieniła się i sięgnęłam po notes. Zapisałam:
" Działanie Mingdiân: eteryczna postać, teleportacja na nieduże odległości, prawie niezniszczalne niby-ciało, władza nad energią piorunów. Reszta- nieodkryta."
Zamknęłam notatnik, który wyglądał jak po torturach, i wyjrzałam z jaskini.
- O, wyszło słońce. 
Odwróciłam się do mojej przywódczyni.
- Chyba powinnam się zbierać. Obiecałem Rizkynn, że oddam jej wywar z płatków Róży Dymnej. Czas przetestować Mingdiân po raz drugi...- wyszczerzyłam kły z szelmowski błyskiem w oku.

Od Susan - Opowiadanie konkursowe, etap II

Leżałam na plecach i wpatrywałam się w wyjście jaskini. Jeszcze nigdy nie ogarnęła mnie taka nuda jak tamtego poranka. Był to ciepły i słoneczny, spokojny dzień. Na drzewach obok mojej groty siedziały kolorowe ptaki śpiewając wymyślne i piękne melodie, a ogromny, granatowy żuk przechodził powoli przed moim nosem.
Uznałam, że wypadałoby wykorzystać taką piękną pogodę i przejść się chociaż troszkę. Wstałam leniwie i przeciągnęłam się, po czym wyszłam z jaskini. Nie minęła minuta, kiedy mój przyjaciel, Jack, wybiegł za mną i zaczął mi trajkotać do ucha.
-Gdzie idziesz? Mogę iść z tobą?
Nie przeszkadzało mi to, przez te wszystkie lata przyzwyczaiłam się i nawet sprawiało mi to przyjemność. Jego głos pocieszał mnie w ciężkich chwilach i rozbawiał.
Odpowiedziałam mu, że może, a on uśmiechnął się wesoło. Szliśmy razem ogromną polaną i podziwialiśmy różnokolorowe kwiaty. Słońce wznosiło się coraz wyżej i zaczynało mi się robić gorąco.
-Może lepiej wybierzemy się na tereny Rawhiti Ithemba? - zaproponował Jack. - Mają tam teraz zimę i nie będzie ci tak gorąco.
Zgodziłam się i ruszyliśmy na wschód. Robiło się coraz goręcej i coraz trudniej było mi to wytrzymać, a to dopiero wiosna. Strach pomyśleć, co będzie się działo w lecie...
Droga nie była zbyt długa, zwłaszcza, że przybraliśmy szybkie tempo. Po drodze mijaliśmy strumień, w którym mogliśmy na chwilę odpocząć. Kiedy wyszliśmy z wody nie otrzepaliśmy się z niej, aby nas chłodziła, jednak nasza sierść bardzo szybko wyschła.
Kiedy dotarliśmy na tereny Stada Wschodu zobaczyliśmy płatki śniegu leżące na ziemi. Im dalej szliśmy, tym więcej ich było. W końcu położyliśmy się wielkich skarpach i odetchnęliśmy z ulgą. Jack zaczął się tarzać w białym puchu, wyglądał na bardzo zadowolonego.
-Oni to mają dobrze – mruknął.
-Tutaj też kiedyś będzie lato – powiedziałam. - U nas również zawita zima.
Obróciłam się na plecy i wpatrywałam się w szare niebo, z którego powoli spadały śnieżynki. Gdyby tak wilki północy miały możliwość, by nie odczuwać gorąca...
Zerwałam się na równe nogi. Mają taką możliwość!
-Jack! Wpadłam na pewien pomysł.
Basior położył się wygodnie i spojrzał na mnie unosząc jedną brew.
-Zrobimy eliksir, dzięki któremu mieszkańcy Stada Północy nie będą musieli męczyć się podczas upałów!
Jack zamyślił się na chwilę, po czym stwierdził, że to dobry pomysł. Niemal od razu udaliśmy się do biblioteki, by poczytać o składnikach i odpowiednio je dobrać. Jack zaproponował, że nas przeniesie za pomocą teleportacji, ale przypomniałam mu, że przeniesie tylko siebie, ponieważ, cóż, nie istnieje. Zasmucił się lekko, ale jakoś to przeżył.
To, że mój przyjaciel nie istnieje, a mimo to wszyscy, których do tej pory spotkałam widzieli go, było dla mnie kolejną zagadką, jednak postanowiłam odłożyć to na później.
Kiedy już byliśmy w bibliotece wzięłam wszystkie książki, jakie mogły nam się przydać. Znaleźliśmy sobie miejsce przy stole w kącie i tam zaczęliśmy przeglądać księgi. W końcu wpisaliśmy na listę asfodelus, woda miodowa, akonit, ciemiernik, miętę, olej rycynowy, a także sierść z wilczego ogona i ogniki pustynne.
Wiedzieliśmy gdzie można odnaleźć ostatni składnik z listy. Ogniki pustynne kwitną tylko dwa dni w okolicach lata, ale na szczęście do eliksiru nie musiały być one rozkwitnięte, także właśnie po nie udaliśmy się najpierw. Byłam wcześniej na skalistej plaży i wiedziałam, co może nas tam spotkać. Na południu było chłodniej niż zwykle, ale ciepło i tak nam dokuczało. Z drugiej strony mieliśmy szczęście, że nie było tam pory deszczowej.
Zebraliśmy kilka kwiatów i ruszyliśmy na poszukiwanie miodu. Znalezienie ula było trudniejsze niż przypuszczaliśmy. W celu odnalezienia tego złotego, słodkiego przysmaku wróciliśmy na tereny północy, gdyż była tam wiosna, a jak wiadomo pszczoły najaktywniejsze są wiosną i latem, także można było też udać się na tereny Stada Zachodniego. Przypuszczaliśmy, że trzeba będzie to zrobić. Tam ul znaleźliśmy bez problemu.
 Jack stwierdził, że nie powinnam sama wydobywać miodu z ula, gdyż owady mogą mnie pożądlić i sam wspiął się na drzewo, a ja siedziałam i patrzyłam na niego z dołu czekając, aż spadnie. Nie musiałam czekać długo. Rąbnął o ziemię wzburzając tuman kurzu. Zaśmiałam się cicho, po czym wdrapałam się po brązowej korze na górę i podstawiłam fiolkę pod ściekający miód.
Kiedy zeszłam na dół Jack trzymał się za łapę w miejscu, w którym użądliła go pszczoła. Poleciłam mu zanurzyć łapę w zimnej wodzie, a on zrobił to bez najmniejszych protestów. Ponieważ strumień był czysty od razu napełniłam nią fiolkę z miodem i potrząsnęłam nią tworząc wodę miodową.
Później udaliśmy się na wschód po rosnącą tam miętę. Z tym mieliśmy najmniej problemu, ponieważ rosła w dużych ilościach. Zebraliśmy jej trochę i schowaliśmy do woreczka. Następnie zajęliśmy się poszukiwaniem ciemiernika. Długo się za nim rozglądaliśmy, ale w końcu się udało. Była to dość duża roślina o czarnej łodydze i pojedynczym, dużym białym kwiecie na szczycie. Potrzebowaliśmy tylko jednego i szkoda było mi go zrywać, ponieważ był bardzo piękny i bardzo rzadki. Jednak ten jeden kwiat wystarczył, aby sporządzić duże ilości eliksiru. Kolejny na liście był olej rycynowy. Z tym było nieco ciężej, ale przynajmniej wydało się, dlaczego Jack tak często znikał i gdzie się podziewał. Otóż okazało się, że przez cały ten czas, kiedy go nie było, wędrował w poszukiwaniu dobrego maga i eliksiroznawcy, który pomógłby mi pozbyć się urojeń i zwidów za pomocą jakiegoś wywaru. Muszę przyznać, że zrobiło mi się miło. Robił to dla mnie, chociaż wiedział, że jeśli odnajdzie kogoś, kto sporządziłby taki wywar, przestanę go widzieć i tym samym nasza przyjaźń się zakończy.
Naprawdę nie da się opisać jak bardzo go kocham, jeszcze nigdy nie miałam takiego przyjaciela.
Niektórzy twierdzą, że jestem zbyt uczuciowa, a inni, że zimna i bezuczuciowa. Dziwne, ale prawdziwe.
Jack stwierdził, że zaprowadzi mnie do maga, którego poznał całkiem niedawno i utrzymywał z nim kontakt, ponieważ ten był najlepszym ze swojego fachu, jakiego do tej pory spotkał i nie żądał zbyt wielkich rzeczy za usługi.
Do jego jaskini początkowa droga prowadziła przez las. Było w nim niepokojąco cicho, zapewne dlatego, że, jak mówił Jack, mag rzucił urok na tę część lasu. Najlepiej pracowało mu się w ciszy, gdy mógł się skupić, a wszelkie dźwięki go rozpraszały. Być może dlatego, mimo swojego dobrego słuchu, nie słyszałam nawet odgłosu naszych kroków.
Dalsza droga prowadziła przez krótką ścieżkę. Po obydwu jej stronach znajdowały się duże, ostre kamienie. Powoli zbliżaliśmy się do jaskini.
Po chwili weszliśmy do groty, w której na ścianach widniało mnóstwo niebieskich i czerwonych świateł. W powietrzu unosił się zapach różnorakich ziół. Kiedy weszliśmy głębiej w jaskinię zobaczyłam stojące pod jej ścianą półki z fiolkami i regały wypełnione po brzegi książkami.
Wilk siedzący przed dużym kotłem z parującym wywarem przywitał nas pustym spojrzeniem dużych, czarnych oczu. Jego sierść była ciemnobrązowa z przebłyskami jasnego. Wstał i podszedł do nas, był ogromny, a co zdziwiło mnie najbardziej, był młodym wilkiem, może nawet w moim wieku. Musiał bardzo wcześnie zacząć, biorąc pod uwagę to jak wysokim magiem był.
-Co was tu sprowadza? - zapytał niskim, miękkim i przyjemnym dla uszu głosem. - Witaj, Jack, widzieliśmy się już parę razy, z tego co pamiętam...
-Zgadza się – odpowiedział mój przyjaciel. - Przychodzimy do ciebie z prośbą, Mragh'at. Potrzebujemy oleju rycynowego.
Mragh'at milczał przez chwilę, po czym odwrócił się i podszedł do półek. Dokładnie wiedział, gdzie co leży, co wywnioskowałam z tego, że od razu wyciągnął łapę w kierunku fiolki z żółtym płynem.
-Zapewne jest to potrzebne tobie, lady – podał mi fiolkę, a ja odebrałam ją nieco zdziwiona jego uprzejmością i wydukałam ciche „dziękuję”. -Mogę wiedzieć, do czego jest potrzebny?
-Dla dobra watahy, jedynie tyle mogę powiedzieć.
Mragh'at wbił we mnie swe puste spojrzenie, po czym odwrócił się i wrócił do kotła.
-Tym razem nie chcę niczego w zamian. Coś mi mówi, że jeszcze się spotkamy – powiedział.
Wyszliśmy, a ja poczułam ukłucie niepokoju gdzieś wewnątrz mnie. Coś mi się nie podobało w tym basiorze, jednak nie potrafiłam stwierdzić co.
Zostały jeszcze trzy składniki, jednak poszukiwanie ich odłożyliśmy na następny dzień, gdyż słońce zaczęło już znikać za horyzontem. W jaskini położyliśmy się na chłodnej ziemi i niemal natychmiast zasnęliśmy. Męczyły mnie koszmary, z których budziłam się wystraszona jak nigdy dotąd. Co najgorsze, miałam je coraz częściej.
Na szczęście miałam u swojego boku przyjaciela, który uspokoił mnie i pomógł ponownie zasnąć.
Następnego dnia wstaliśmy wcześnie, ponieważ zostały nam trudne do znalezienia składniki. Najpierw zajęliśmy się poszukiwaniem asfodelusu, dlatego, że nie mieliśmy zielonego pojęcia, gdzie może rosnąć.
 Na szczęście znałam kogoś, kto mógł wiedzieć.
Udałam się w miejsce, w którym Opiekunka naszego stada, Schinigami, ukryła smocze jaja. Wiedziałam, że zjawi się tam by sprawdzić, czy wszystko z nimi w porządku.
Nie myliłam się, pojawiła się kilkanaście minut później. Spojrzała na mnie nieco zdziwiona, lecz po chwili na jej pysku znów pojawił się nic niemówiący wyraz.
-Dzień dobry – przywitałam się.
-Nie przyszłaś tu bez powodu – powiedziała. - O co chodzi?
-Potrzebuję asfodelusu, ale nie wiem, gdzie mogę go znaleźć. Pomożesz mi? Proszę.
Schinigami zwróciła głowę w kierunku, z którego przyszła. Jej biała sierść lśniła w blasku wschodzącego słońca.
-Błagaj.
-Błagam – powiedziałam beznamiętnym tonem i spojrzałam na nią nieco zniechęcona.
Opiekunka uśmiechnęła się nieco, po czym spojrzała na mnie.
-Dobrze, w takim razie pomogę ci zagadką. Tam, gdzie wiatr silny, gdzie chłód doskwiera, tam roślina o białych kwiatach i właściwościach niezwykłych rośnie.
-Dziękuję – uśmiechnęłam się. - Do zobaczenia!
Zanim odeszłam usłyszałam jeszcze tylko, jak Schinigami mówi cicho:
-Uważaj na siebie.
Udaliśmy się więc w góry, aby zdobyć asfodelus. Wędrówka nie była prosta, kilka razy o mało nie połamaliśmy sobie łap. Jack nie chcąc mnie zostawiać nie teleportował się, chociaż i tak wiedziałam, że robił to przy trudniejszych kawałkach drogi.
Tak jak on wiedział, że ja to wiem.
Kiedy już dotarliśmy niemal na szczyt zaczęliśmy rozglądać się za kwiatami. Było chłodno, na szczęście nasza sierść była gęstsza i grubsza niż innych wilków.
-Tu jest! - zawołał Jack i zerwał kilka kwiatów, po czym wrzucił je do przewieszonej przez moje barki torby.
Usłyszeliśmy ciche powarkiwanie ponad naszymi głowami i spojrzeliśmy w górę. Wtedy zorientowaliśmy się, że jesteśmy w ogromnych tarapatach.
Bestia była wielka, jej skóra emanowała błękitnym blaskiem. Jej grube łapy zakończone były ostrymi pazurami, a gigantyczna paszcza wypełniona była ostrymi zębami. Jakby tego było mało ogon potwora był długi i najeżony kolcami.
Nie było sensu walczyć, więc rzuciliśmy się do ucieczki, a potwór ruszył za nami w pogoń. Kiedy ukryliśmy się za głazem monstrum zmiażdżyło go jednym ruchem łapy.
-Nie damy rady – powiedziałam. - Jest nam potrzebna...
-Co? Co jest potrzebne? - zapytał Jack.
-Moja druga osobowość.
Jack spojrzał na mnie ze strachem i smutkiem w oczach. Zrobiliśmy unik przed ciosem potwora.
-Susan, tak długo ćwiczysz panowanie nad tym...
-Jeśli tego nie zrobię zginiemy!
Stwór znów zaatakował i znów ledwo uniknęliśmy zranienia.
Usiłowałam zmusić moją drugą stronę do ujawnienia się, musiałam to zrobić. Jak na złość, moje drugie, fałszywe ja ani drgnęło.
Jack skakał z kamienia na kamień, a one znikały pod łapami monstrum jeden po drugim.
W końcu poczułam, jak zaczyna wychodzić na zewnątrz, jak całą mnie ogarnia wściekłość i chęć walki.
Wskoczyłam na grzbiet stwora, a on usiłował dosięgnąć mnie łapami. Chciałam ugryźć go w kark, ale nie udało mi się to.
Ciało potwora było jednym wielkim diamentem.
Udało mi się zrobić zaledwie kilka rys na jego grzbiecie, ale jak widać zabolało go to, bo wydał z siebie przeciągły odgłos bólu.
Jack widząc to zaczął rzucać w niego kamieniami, a ja drapałam go po grzbiecie. W końcu monstrum zrzuciło mnie z siebie i odeszło, a ja porządnie się poobijałam.
-Susan! Nic ci nie jest?
-Nie, nie... - podniosłam się. - Wszystko w porządku.
-Jestem z ciebie dumny – uśmiechnął się szeroko. - Zapanowałaś nad tym.
-Nie. Nie miałam nad czym panować.
Jack nie odpowiedział, a i ja nie powiedziałam nic więcej.
Później udaliśmy się do Ruchomych Lasów, aby zdobyć akonit. Nie było to trudne. Zerwaliśmy fioletowy kwiat i wróciliśmy do jaskini, aby udać się na zasłużony odpoczynek.
Kolejny koszmar. Jack znów musiał mnie uspokajać i zapewnić, że to nie działo się naprawdę. Znów zasnęłam.
Kiedy następnego ranka otworzyłam oczy pierwszym co zobaczyłam był Jack siedzący obok kotła. Powiedział mi, że chciał pożyczyć go od Mragh'ata, ale ten oddał im go na własność. Nie podobało mi się to.
Nalaliśmy do kotła wody i rozpaliliśmy ogień. Później dawaliśmy do kotła składniki eliksiru.
Na samym początku wlaliśmy wodę miodową, która dodawana jest między innymi do eliksiru działającego leczniczo na trucizny. Naszą trucizną jest słońce. Wiem, że trochę nielogicznie to brzmi i że zapewne nie o takie trucizny chodziło autorom ksiąg, ale poniekąd miałam rację.
Następnie dodaliśmy asfodelus używany w eliksirach odnawiających zdrowie i leczących rany.
Później akonit, którego jedną z właściwości jest uspokajanie serca, a co za tym idzie – męczymy się mniej. Dodałam tylko kwiaty i korzeń, ponieważ liście są bardzo toksyczne.
Kolejnym składnikiem był ciemiernik, który również ma działanie uspokajające.
Mięta, dla jasności umysłu i ochłodzenia, oraz rześkości.
Olej rycynowy, będący składnikiem wielu lekarstw.
Ogniki pustynne dodałam, ponieważ mają niezwykłe właściwości, a co najważniejsze rosną na terenach pustynnych, co może sprawić, że przekażą nam to, co chroni je przed gorącem.
Na koniec sierść z wilczego ogona, którą sama sobie wyrwałam. Sierść potrzebna była po to, żeby nadać eliksirowi zdolność wpojenia się w nasz wypełniony wszelką magią organizm i zadziałać na naszą sierść jak należy.
Po kilku godzinach warzenia nabrałam pół fiolki otrzymanego eliksiru. Jego barwa była szaro-żółto-niebieska. Stwierdziłam, że lepiej by było, gdybym to ja się otruła, niż żeby inne wilki cierpiały z powodu źle przyrządzonego specyfiku.
Łyknęłam zawartość fiolki zanim Jack zdążył mnie powstrzymać. Na początku było mi duszno i paliło mnie w gardle, ale po kilku minutach poczułam jak całe ciepło ze mnie schodzi. Wyszłam z jaskini i nie poczułam żadnego gorąca. Było mi przyjemnie.
-Udało się, Jack.
-W takim razie pozostało nam tylko nazwać eliksir i rozdać go wilkom. Jakieś pomysły?
-Nazwiemy go „Amissio Calor”.
Tak oto powstał eliksir służący wszystkim wilkom w naszej Watasze.

Od Sakury CD Jīngshéna

Sama nie chciałam zacząć odpowiadać, on chyba czytał mi w myślach i sam opowiedział skąd pochodzi.
- Kraina skąd pochodzisz musiała być cudowna... - Wciąż patrząc w ziemię trącałam kwiat. Skoro on się przede mną otworzył, ja też powinnam.
- W moim regionie inni mnie podziwiali, za to jaka jestem, jak wyglądam i czyją córką jestem... Po prostu mnie szanowali. Tak na prawdę nigdy się wtedy nie interesowałam moją mocą, nawet jej unikałam. Wszystko się zmieniło gdy poznałam okropną prawdę. - Łapą sięgnęłam po spinkę wpiętą w sierść. - To... dostałam to od matki zamordowanej przez rzekomych rodziców. Dlatego jest dla mnie taka ważna... Po opuszczeniu domu stała się ona moim uzależnieniem. Dopiero wtedy zaczęłam interesować się moją mocą, odkryłam też jej zastosowanie. - Nie wiem dlaczego to zrobiłam, może chciałam wywołać na nim wrażenie... Tak czy inaczej użyłam jednej z moich umiejętności, która pozwala mi, na to aby moje ciało zmieniło się w płatki kwiatu wiśni. Shen spoglądał na mnie jak wędruję w powietrzu, Przeleciałam tuż obok niego powodując, że także on lekko się uniósł. Po chwili musiałam już wrócić do poprzedniej formy więc wylądowałam na przeciwko basiora co również spowodowało, że on już się nie unosił.
- Taką moc posiadam, rzadko komu pokazuję ją więc powinieneś czuć się zaszczycony. - Powiedziałam poważnie po czym zaczęłam się śmiać. Na krótko bo gdy spojrzałam na basiora on dalej się na mnie patrzał jakbym była kosmitą. - Źle się czujesz...? Chyba nie powinnam tego robić, masz, zjedz, zrobi ci się lepiej, uwierz. - Podałam mu czerwony owoc.

Shen? :3