menu

czwartek, 9 marca 2017

Od Thundera - Żarty? Może lepiej nie.



Brakowało mi wolności. Obmyśliłem solidny plan. Uciekłem. Nie było mnie ponad pół roku. Szczerze, teraz tego żałuję.
Wybiegłem z jaskini nad ranem. Chciałem poczuć się chociaż na chwilę wolny. Moja ucieczka miała trwać miesiąc, ale potoczyło się inaczej.
Biegłem, ile sił w łapach. Po kilku dniach dotarłem w miejsce odpowiednio oddalone od terenów watahy.
- Nikt mnie tu nie znajdzie.- Śmiałem się.
Miejsce to było piękne. Panowało tam lato. Pełno zwierząt biegało po lesie. Saren również nie brakowało. Nie było tam żadnych wilków, ani niebezpieczeństw. I tak mijały mi tam beztrosko dni, tygodnie, miesiące. Po sześciu miesiącach nastała tam zima, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie widziałem.
Żadnej zwierzyny, pełno śniegu, rekordowo niska temperatura. Największym problemem był jednak brak pożywienia. Postanowiłem się opamiętać i wrócić do watahy. Obliczyłem, że powinno mi to zająć około 12 dni.. Byłem oddalony od terenów stada o 400 km.
      Pierwszego dnia biegłem dziarsko do domu. Nie myślałem o tym, że czeka mnie jeszcze mnóstwo niebezpieczeństw i przeciwności losu.
      Drugiego dnia zdałem sobie sprawę, że zabłądziłem i idę w odwrotnym kierunku.. Zimą wszystko wyglądało inaczej, niż wtedy, kiedy uciekałem z watahy. Nie spałem całą noc i nadrabiałem stracony czas.
       Trzeciego dnia byłem już na dobrej drodze i biegłem w kierunku domu.. Następnego dnia jednak zaczęło być coraz gorzej.
       Czwarty dzień był dołujący. Straciłem siły na powrót do watahy, zaczął mi doskwierać głód i brak wody.
       Piątego dnia dołączył jeszcze chłód. Moje futro było wilgotne, przemoczone, zacząłem mieć drgawki, było mi bardzo zimno, a do domu ciągle daleko..
       Szóstego dnia było tak jak czwartego i piątego, głód, pragnienie i chłód coraz bardziej się nasilały.
       Siódmego dnia obejrzałem siebie w tafli lodu. Zmarniałem. Futro mi powypadało, gdzieniegdzie delikatnie wyłysiałem. Moje oczy straciły dawną dumę, spryt.. Nogi uginały się pode mną, biegłem skulony i zmarznięty.
       Ósmego dnia truchtałem do domu, bo na bieg nie miałem siły. Nocą zatrzymałem się w jaskini.. Było to błędem. Okazało się, że to jaskinia niedźwiedzia i obudziłem mieszkające tam zwierze. Niedźwiedź zbudzony ze snu zimowego jest wyjątkowo agresywny. Ja - Obolały, chorowity, głodny, osłabiony i spragniony.. Nie obyło się bez uszczerbku na zdrowiu. Niedźwiedź podrapał mnie mocno i wyszarpał mi kawałek mięsa z uda.
       Dziewiątego dnia ledwo co mogłem iść. Wszystko mnie bolało, krwawiłem. Byłem już tak głodny, że robiło mi się ciemno przed oczami.
       Dziesiątego dnia zjadłem kilka gałęzi, które znalazłem. Miałem przez chwilkę uczucie, chociaż trochę napełnionego żołądka.
       Jedenastego dnia szedłem przez cały dzień i powoli odzyskiwałem nadzieję, że wrócę do domu.
       Dwunastego dnia upadłem pod koniec drogi. Od watahy dzieliło mnie tylko 10 kilometrów. Wyczerpany.. Bez wody i jedzenia, przemarznięty, chory, zraniony. Nie miałem już sił. Zawyłem cicho w nadziei, że ktoś mnie usłyszy, po czym straciłem przytomność.

<Ktoś?>

Uwaga!

Niestety przez natłok nauki admini muszą zawiesić bloga. Wszyscy mamy specjalizacje, przez co większość wolnego czasu spędzamy nad książkami ucząc się, w końcu za rok matura. Jednak to nie koniec bloga. W maju gdy wszystko trochę zwolni reaktywujemy naszą watahę. Mam nadzieje, że do tego czasu nie zapomnicie o nas. My o was zawsze pamiętamy. Do zobaczenia za jakiś czas. Tęsknimy.
Admini.
PS: Jedyne posty jakie zostaną dodane jeszcze w marcu to te nadesłane do nas przed pojawianiem się tego komunikatu.

środa, 1 lutego 2017

Od Lapiza cd Diy


Obudził mnie poranny śpiew ptaków. Ziewnąłem i obróciłem się na drugi bok pomrukując pod nosem. Jeszcze chwileczkę poleniuchuję…
Zaraz. Przecież ptaki zwykle nie śpiewają o wschodzie słońca…
-O nie, zaspałem! – gwałtownie otworzyłem oczy i zerwałem się z posłania.
Pobiegłem nad rzekę by się trochę ogarnąć. ~Diy mnie zabije.~ pomyślałem
Napiłem się łapczywie wody z dziury na cienkiej warstwie lodu, moim ciałem wstrząsnął dreszcz chłodu, ale jednocześnie się rozbudziłem. Na koniec delikatnie schlapałem kropelkami swoje futro ,zabłyszczałem w świetle słońca. Ruszyłem piorunem w stronę gór zapominając o porannym głodzie.
Gdy dobiegłem na miejsce Diy wyraźnie z kimś rozmawiała, widocznie wkurzona gestykulowała coś.
-Lapiz wariacie! Gdzieś ty był?! Szukałam cię pół godziny!- krzyknęła gdy tylko dostrzegła, jak galopuję w jej stronę.
-Uff czyli zaspałem tylko pół godziny…- wymamrotałem zdyszany siadając na skałce
-Co tam mamroczesz?- zmarszczyła swoje ciemne brwi – Umm nic takiego. Wybacz mi.- odparłem szybko
-Dobra- prychnęła- W każdym razie ta panienka cię szuka.- wskazała łapą obok siebie.
Popatrzyłem w tym kierunku, widziałem tylko porośnięte mchem inne skałki. Drgnąłem uszami i zmarszczyłem nos, nie wyczułem jednak nikogo więcej jak Diy.
-Nie rozumiem…- zamrugałem
– Co jest? Siostry nie poznajesz? A może to wcale nie twoja siostra? Oj nie, nie mów ,że męczyłam się łażąc z nią na prawo i lewo, na marne!- skrzywiła się wadera
-Jak to moja siostra? O czym ty mówisz? Nikogo tu nie ma oprócz nas.- odparłem
Diy zrobiła face palm. –Lapiz pogrążasz się. Serio.
-Co?- otworzyłem szerzej oczy
-Koko Dżambo. Czyli nic nie widzisz? Okej. Lazula, czy jak jej tam, stoi tu z nami i właśnie macha łapami przed twoim pyskiem.
Automatycznie cofnąłem się do tyłu. Nie wiem czemu ,ale Diy to rozbawiło.
-To nie jest śmieszne, nie żartuj sobie ze mnie. Chodźmy już do biblioteki, bo później będzie tam tłoczno.- chciałem zmienić temat. Nie chce teraz myśleć o Lazuli.
-Matko Lapiz! Wierzysz w zjawę górską ,a w ducha już nie? Twoja siostra jest tutaj deklu, widzę ją wyraźnie. Chciała cię przed czymś tam ostrzec, ale skoro nie chcesz wiedzieć przed czym, to poczekaj, przegonię ją tylko, bo mi przeszkadza...- powiedziała i zablokowała mi przejście.
-Nie, moment! Uh, powiedz mi teraz słowo w słowo co Lazula chce przekazać. Po prostu…nie mogę uwierzyć ,że jest duchem… jak to się stało? Co chce mi przekazać?
<Diy? Na pewno masz już kupę pomysłów, ja niestety nie wiem co mogę tu dopisać…Problemy życiowe, dlatego tyle czekałaś>

piątek, 20 stycznia 2017

Od Susan cd Billa

Uśmiechnęłam się do basiora i przechyliłam lekko głowę.
-Mnie również jest miło - powiedziałam.
Bill najwyraźniej ucieszył się, że nie uciekłam, ani nie zaczęłam krzyczeć na widok Toma. Nie był zwyczajnych wilkiem, nie miał ciała, był jedynie niebieską poświatą. Urodził się taki, czy może był duchem? Na razie postanowiłam o to nie pytać.
-Przejdźmy się - zaproponował Tom i ruszył przed siebie.
Bill szedł między nami, co jakiś czas zerkał to na Toma, to na mnie, jakby nie był pewny czy naprawdę jesteśmy co do siebie przekonani, czy może jednak zaraz wezmę nogi za pas.
Noc była piękna, księżyc oświetlał nam drogę, a zwierzęta utkane z niebieskiej poświaty biegały wokół nas.
-Jesteście bardzo podobni - powiedziałam patrząc na nich.
-Może dlatego, że jesteśmy bliźniakami - uśmiechnął się Tom.
-A jednak nie jesteście identyczni.
-Bliźnięta nie muszą wyglądać identycznie - powiedział Bill.
-Wiem, wiem...
Nagle Bill zachwiał się, a Tom podszedł do niego, by go podtrzymać. Spojrzałam na nich zaniepokojona.
-Co się dzieje? - zapytałam.
-Nie mam wystarczająco silnej mocy, by sprowadzić tutaj Toma na tak długo, to odbiera mi siłę - powiedział.
Opuściłam uszy, to musi być naprawdę smutne, nie móc przebywać z bratem tak długo, jak się chce.
-Możemy na to jakoś zaradzić - powiedziałam.
-Jak? - zapytał Bill.
-Na razie nie wiem - odpowiedziałam. - Ale coś wymyślę.
Uśmiechnęłam się, a basiory odpowiedziały tym samym.
<Bill?>

czwartek, 19 stycznia 2017

Od Lii do Anadil

Najchętniej odwiedziłabym któregoś z bogów ale Ana była uparta. Doszliśmy najpierw do jej jaskini. Myślałam, ze chce coś omówić ale.... zaczęła mnie wypytywać. Stawiła mnie między młotem a kowadłem: Co to za moc? Na tym pytaniu starałam się nie zapaść pod ziemię. Czy ten wilk to był mój były? Tutaj starała się nie wybuchnąć. Ta jasne. NA PEWNO miałam. :x i tp. i td. W końcu nie wytrzymałam i wadera zaskomlała i popatrzyła na swoją łapę. Ból trwał pół sekundy
- Ej. - mruknęła z wyrzutem.
- Nie lubię pytań. - Powiedziałam z szerokim uśmiechem.
- No dobra. Idziemy do alfy. - powiedziała Ana wstając.
- Po co? - spytałam z lekkim niepokojem w głosie
- W końcu trzeba kogoś poinformować, nie?
- No nie wiem...
- No chodź! Nie bądź baba! Trzeba komuś powiedzieć!
- Jakbyś nie zauważyła ja-właśnie-jestem-babą.
- No tak.... no chodź! - Powiedziała i wymaszerowała z jaskini a ja za nią patrząc z pode łba na kamienie Po chwili byliśmy na jakiejś dziwnej polance
- E.... nie jestem pewna czy idziemy dobrze. - powiedziałam oglądając się za siebie. W naszą stronę płynęły powoli szaro-czarne chmur.
- Oczywiście, ze dobrze. - wiatr zaczął mocniej wiać.
- Czy u was w ziemie występują tornada?
- Nie, a co?
- Czyli te chmury to nie tornado. Dobrze wiedzieć. - Ana odwróciła głowę i popatrzyła na chmury.
- Będzie śnieżyca.
- Czyli jednak lecimy - mruknęłam szybko po czym złapałam Anadil i wzbiłam się w powietrze. 
- Szybko lecisz. - zauważyła Ana
- Tylko 80 na godzinę. - Powiedziałam i przyspieszyłam ale zwolniłam po krótkim czasie bo usłyszałam na dole szelest czyiś łap. Ktoś starał się iść bezszelestnie. Zleciałam na ziemię i postawiłam Anę za drzewem a sama na jedno wzleciałam. Po łapach rozpoznałam basiora. Coś zaszeleściło parę metrów ode mnie ale oczywiście niżej. Skuliłam uszy, błyskawicznie się odwróciłam i.... wpadłam na jakiegoś basiora który pod wpływem uderzenia wpadł w zaspę. Anadil szybko przybiegła i popatrzyła na wygrzebującego się z zaspy wilka ze ździwieniem.
- Kairo?

< Anadil? Nie posiadam weny >

Od Dominici Vctori cd Jīngshéna

Spojrzałam na Shena i uroniłam łzę, która spadając na ziemię zmieniła się w czarny diament, i zapalił koło siebie. Zawyłam i wybiegłam z jaskini. Straciłam Shena, straciłam jego miłość. A jedyna jego cząstka jest we mnie. Ja nie mam miłości w sobie i straciłam miłość ofiarną, więc dziecko nie nauczy się miłości i ani pokory.
-bo nie będzie żyło- usłyszałam za sobą i poczułam ostry ból na grzbiecie, który zmusił moje ciało do zmiany w człowieka.
Odwróciłam się i zobaczyłam czarnego lisa ze skrzydłami.
-Mefistoteles
-przez to coś w tobie nie mogę wrócić do piekła-powiedział wściekle i nagle podszedł do mnie-mojemu braciszkowi dziecka się zechciało-zaśmiał się jak ja dawniej.
Ogarnęło mnie wielkie zdezorniętowanie, gorąc i zimno. Nie wiedziałam co się dzieje.
-a teraz pozbędziemy się problemu- powiedział i wbił swój wielki pazur w mój brzuch.
Zacisnęłam zęby i próbując ratować sytuację odchyliłam głowę, i wbiłam róg w potwora. Padł, ale ja też. Czułam jak jad wyjada ostatnie życie, które trzymało we mnie dobro. Straciłam to za co ojciec oddał życie. Straciłam przytomność A lis rozpadł się na popiół.
[Shen]

piątek, 6 stycznia 2017

Od Jīngshéna cd Dominici Victorii

Przez chwile stałem w konsternacji, nie wiedząc co się przed chwilą stało. Ale na miejsce osłupienia szybko przyszło oburzenie, zażenowanie.
- To już nawet w myślach nie mogę być wolny? - zapytałem sam siebie patrząc w ślad za wilczycą.
Najwyraźniej się przeliczyłem. Nie ma już nawet zaufania w tym związku. Jak ona śmie wchodzić mi do głowy? Jak może pozwalać sobie odczytywać cudze myśli? Poczułem się nieswojo. Jakbym został wyśmiany i upokorzony w oczach całego świata. Nawet we własnej głowie nie mam przy niej prywatności. Brak własnych myśli. Brak własnego zdania. Brak człowieka i duszy. Zniewolony wrak. Policzki zaczęły mi się gotować z wściekłości.
Ruszyłem do siebie. Ani chłodny wiatr, ani szelest bambusu nie był w stanie mnie uspokojić. Upokorzony. Każda z moich myśli o niej mogła nie być prawdziwą, właśnie sama mi to pokazała. A ja się łudziłem na uczucia. Myślałem o miłości, a było to jedynie złudzenie. Ale... Ona włada jedynie umysłem. Nie mogła zmylić serca. Westchnąłem ciężko. Cały czas targał mną silne emocje. Wściekłość i smutek mieszały się naprzemiennie.
Dziecko. Jedyne co przewijało się w tej burzy myśli i przekleństw nieustannie. Starałem się je uratować. Opiekowałem się nim płomieniem, ale... Nadal nie wiem czy to nie były próżne starania. Nie wiem czy ono jeszcze żyje. Ja... zrobiłem co mogłem. To ona doprowadziła je do zagłady i niechybnej śmierci. ONA będzie winna, jeśli niewinne szczenię zginie. ONA. Samolubna. Zapatrzona w siebie i swoje problemy. Myśli że jest najważniejsza na świecie. Że wszystko kręci się tylko w okół jej. Czy pytała mnie co o tym myślę? Czy ona pytała, czy ja chcę to dziecko? NIE. Nie obchodziło ją moje zdanie. I najwyraźniej nadal nie obchodzi. Taka próżna. Ma przegnite serce. Oby zdechło. Będzie to jej wina. JEJ. Nie moja! Moja... Moja Victoria... Spojrzałem tęsknię w tył. Nie. Muszę być silny. Muszę być stanowczy. Ona jedynie mieszała mi w głowie. Sama się do tego przyznała. Tam czekają mnie tylko kłamstwa i cierpienie.
- Piękny dzień. - usłyszałem czyjś zimny, metaliczny głos. Podniosłem wzrok. W cieniu stał czarny lis. Miał gęste futro i węglowe skrzydła. Jego oczy miały rudy połysk. Z pyska nie zchodził mu dziwny uśmiech.
- Biedny smutny wilk. - powiedział rozbawiony. - Biedny zraniony wilk. A odpowiedź jest taka prosta. - zachichotał wrednie.
- Czego chcesz? - warknąłem.
- Pomóc. - powiedział, jakby przejętym głosem. - Jedynie pomóc biednemu wilkowi.
Zmierzyłem go wzrokiem. Przez chwilę miatały mną wątpliwości. Ale ta chwila minęła.
- Jak chcesz mi pomóc? - zapytałem martwym tonem.
Lis uśmiechnęł się chytrze i wyszedł z cienia. Rozejrzał się po okolicy.
- Lepiej pójdźmy do ciebie, Jīng. Drzewa mają uszy. - powedział i spokojnie ruszył w kierunku mojej jaskini.
- Skąd... - powiedziałem powoli do siebie. Skąd on zna moje imię? Skąd wie kim jestem i gdzie mieszkam? SKĄD? Miałem zbyt wiele pytań. Nieufnie ruszyłem za czarnym przybyszem.
***
-A ty skąd możesz to wiedzieć?! - warknąłem zdenerwowany.
-Oddaj ją mnie, ja się nią zajmę. - mówi dalej, opanowanym głosem.
Zacząłem nerwowo krążyć po jaskini.
- Wiesz, że próbuję ci jedynie pomóc. Jest tylko jedna rozsądną decyzja. Wystarczy, że się zgodzisz a twoje problemy znikną.
- Nazywasz ją problemem?! - spojrzałem sceptycznie na przybysza. On jedynie wzruszył ramionami. Przez chwilę trwała cisza. Nagle nieznajomy poruszył się niewspokojnie.
- Dokończymy tą rozmowę w nieco... OSOBISTSZYCH warunkach. - powiedział wymownie i uśmiechnął się do mnie chytrze. Z pomiędzy drobnych, ostrych zębów wysunął się na chwilę wężowy język. - Ach te czasy. Teraz nawet i ściany mają uszy. - ryknął głośnym śmiechem i podszedł do mnie. Nachylił się do mojego ucha. - Tutaj nie jest jej miejsce. Nie należy do tego świata. Powinna być wśród swoich. - syknął cicho. Spojrzał głęboko w moje oczy. Czułem jak przewierca wzrokiem moją duszę. Uśmiechnął się ochydnie i skniął na pożegnanie. Wbiłem nieobecny wzrok w ziemię, kiedy przekraczał próg.
- M'Lady. - usłyszałem przytłumiony głos z zewnątrz. Po chwili do wnętrza jaskini weszła głośno Victoria. Podniosłem wzrok i spojrzałem na zewnętrz. Nieznajomy skinął głową ostatni raz i z szatańskim uśmiechem rozpłynął się w cieniu. Spojrzałem na Dominicę, bez emocji w oczach. Mój głos był zimny.
- Miło, że raczyłaś mnie odwiedzić. - Nie myślałem. Nie popełnię już tego błędu. Nie tym razem. Patrzyłem przez chwilę na jej zmieszaną twarz. - Czego chcesz?

Dominica?

czwartek, 29 grudnia 2016

Od Anadil cd Lii

W lesie panowała martwa cisza. Zero wiatru, co trochę mnie zaniepokoiło.
- No i gdzie są te potwory?- spytała niepewnie Lia.
- Są tu... Na pewno. Cicho!- syknęłam, bo usłyszałam z daleka wrzask Stymfa. Nie znam dziwniejszego i bardziej napawającego niepokojem dźwięku. Przypomina on pisk jastrzębia, ale jest zdecydowanie bardziej mroczny i przepełniony grozą. To bardziej ryk niż ptasi świergot. Chociaż, jeżeli chcą, to potrafią. Zdarzało mi się usłyszeć pieśń Stymfów, symfonię bólu i cierpienia. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że była ładna, całkiem melodyjna i przyjemna dla ucha.
- No i?- wyrwał mnie z rozmyślań głos towarzyszki.
- Czekaj...
Drzewa za nami się poruszyły. Dostrzegłam diabelsko czerwone oczy i śmiertelnie groźny dziób.
- Na mój znak uciekamy. Za mną! JUŻ!- krzyknęłam do ucha Lii i sprintem pobiegłam w dobrze znanym mi kierunku.
- Trzymaj się blisko ziemi, przy krzakach, pod koronami drzew!- poleciałam, a Lia posłuchała. Wiedziałam, że to konieczne, choć sama ledwo znosiłam bieg z brzuchem przy ziemi. Byłam jednak pewna, że dzięki temu ptaszysko nie będzie miało jak nas gonić. Jest za wielkie na berka w lesie. Właśnie dlatego uciekamy na skały.
Oznajmiłam to Lii.
- Tak, jasne, i co jeszcze?! Chcesz skończyć jako potrawka dla ptaków?!- zjadliwie warknęła wadera.
- Nie.- odburknęłam. I właśnie dlatego tam idziemy, dodałam w myślach. Na skałach jest zdecydowanie łatwiej...
Roślinność zaczęła się przerzedzać, wybiegłyśmy na skalisty teren. Tutaj się zatrzymałam, a Lia poszła w moje ślady, z pewnymi wątpliwościami. Wypowiedziała odpowiednią formułę i złapałam bicz, gotowa do ataku. Lia dzierżyła sztylet. Byłam pewna, że wkrótce pojawią się ptaki. Czekałam minutę, dwie... I nic. Dziwne... Zdecydowałam się na nieco bardziej drastyczne środki. Zarzuciłam biczem nad głową i kręciłam nim jak lassem. Wkrótce spostrzegłam znajome ptaszysko. Stymf leciał ku nam i wylądował parę metrów od nas. Wrzasnął, a ja lekko się przestraszyłam, ale nie za bardzo. Znam Stymfy jak własną kieszeń...eee, własną jaskinię. Pomachałam biczem przed zakrzywiony, długim dziobem, a czerwone ślepia śledziły każdy mój ruch. Robiły się coraz łagodniejsze, i o to mi chodziło. Zbliżyłam się do ptaka i wyciągnęłam łapę ku niemu. Stymf, niczym potulny piesek, podsunął dziób do głaskania. Całemu zdarzeniu przyglądała się Lia.
- Yyy, o co chodzi?- wymamrotała.
- Udało mi się oswoić Stymfa, ale to nie potrwa długo. Te stworzenia są zdradzieckie, niedługo mu przejdzie, niestety. Wykorzystamy to.
Wyskoczyłam na grzbiet stwora. Lia chciała zaprotestować, lecz już siedziała koło mnie, wciągnięta przez łapę ptaka. Znów zarzuciłam biczem i musnęłam nogę Stymfa.
- Leć!- rozkazałam i złapałam go za pióra na szyi. Wzbiliśmy się w powietrze, a ja sterowałam dziwacznym wierzchowcem. Pociągnęła za pióra z lewej strony, a skręcił w lewo. Z prawej, w prawo. Proste!
- Ekhem. Lia.- wadera spojrzała na mnie.- Oswoiłam nam ptaszysko, żebyśmy mogły uciec przed innymi takimi. Stymf Stymfa nie tyka, to niepisanie prawo. Gdybyśmy zaryzykowały samodzielną przeprawę, już byłoby po nas.- wyjaśniłam.
- Acha...- westchnęła wilczyca. Nagle koło nas przeleciał inny Stymf. Ryknął ostrzegawczo. Ten nasz wysunął pazury i skrzeknął. Polecieliśmy dalej. 
- Widzisz!- zatriumfowałam.
Leciałyśmy i leciałyśmy, aż powoli musiałyśmy lądować. Dotarłyśmy do mojej watahy.


< Lia? Miałam wenę, nareszcie! >