menu

poniedziałek, 26 września 2016

Od Huayry - Pustynne przygotowania



Od wielu dni wilki południa przygotowywały się do nadejścia zimy. Wiedzieliśmy, że czasu jest jeszcze sporo, jednak pustynia zawsze jest nieprzewidywalna. Minęły letnie deszcze, które nawiedzały krainę przez okrągłe czterdzieści dni i znów nastał czas suszy. Miejsca gdzie jeszcze niedawno porastała bujna roślinność teraz zmieniły się w roślinne smętarzyska. Nawet niektóre oazy wyschły. Wszystko to doprowadziło do migracji zwierząt. Przez kilka dni bez trudu można było natknąć się na niewielkie stadka roślinożerców zdążających do granicy. Doszło do nas, ze to jedyna szansa by najeść się do syta, następna powtórzy się dopiero wiosną. Zaczęliśmy polowania w grupach, naszym celem było zgromadzenie jak największych zapasów. Zdarzało się, że jednego dnia udało się nam upolować dziesięć owiec a nawet kilka wielbłądów!!! Innego szczęście nam nie dopisywało i wracaliśmy do naszych jaskiń z niczym. Powoli narastał we mnie lęk: Jak przeżyjemy zimę? Było nas coraz więcej, więcej wilków, więcej głodnych. Te rozmyślenia niepozwalany mi spać w nocy, we dnie przeszkadzały w zdobywaniu pokarmu. Jednak okazało się, że wilki z Kantaraye Suryaya są nie tylko wspaniałymi magami, ale i wyśmienitymi myśliwymi. Nim ostatnie stado ea’shib, jak nazywaliśmy na naszych terenach zwierzynę łowną, opuściło stado mieliśmy pod dostatkiem jedzenia. Teraz zaczęliśmy suszyć i wędzić mięso by przetrwało jak najdłużej i składować je w ogromnych jaskiniach znajdujących się na południowych kresach. Gdy wreszcie zapełniliśmy groty po brzegi, poczułam się trochę bardziej spokojna. Miałam też więcej czasu wolnego. Coraz częściej przesiadywałam przy zwierciadle niebios obserwując odbicie świata.  Tego dnia też postanowiłam odpocząć przy jeziorze. Zbliżając się wyczułam zapach wilka. Chyba nie pochodził z naszych terenów. Oprócz zapachu wilka wyczuwałam wyraźnie woń drzew iglastych. U nas raczej takie nie rosły … Rozejrzałam się. Miałam wrażenie, że dostrzegam cień za jedną ze skał. Zaczęłam się skradać. Zarys był coraz wyraźniejszy. Byłam już dość blisko gdy cień nagle znikł. Usłyszałam za sobą warknięcie. „Jak mogłam być taka głupia…” Przeszło mi przez myśl. Odwróciłam się napięcie i wysyczałam przez zęby:
-Kim jesteś?
(Ktoś chce odpisać?)

Od Kserksesa cd Vinciego

Świeżo rozpalone ognisko wypełniało przestrzeń w jaskini ciepłem, którego tak bardzo mi na Północy brakowało. Delikatne trzaskanie ognia i przyjemna woń palonego drewna ogrzewały atmosferę jeszcze bardziej.
- Pytaj o co chcesz. Odpowiem ci na wszystko – rzekł Vinci.
Wypowiadając te słowa, chyba nie wiedział, na co się pisze. Na moim pysku zagościł chytry uśmieszek.
- Wszystko? – Zapytałem dla upewnienia. Nie czekając na odpowiedź, zacząłem zadawać pytania. – Długo cię tam więzili? Tamta wilczyca też tam z tobą była? Jak ty to robisz, że przewracasz drzewa? Czemu jesteś taki wielki?
Lista wydłużyła się o kilka, jak nie kilkanaście kolejnych pytań, a ja przerwałem na chwilę w celu złapania oddechu. Vinci wykorzystał okazję, by się wtrącić.
- Zwolnij trochę! Nie nadążam za tym, co mówisz. Jedno pytanie na raz, okej?
Pokiwałem głową w wyrazie zrozumienia.
- Jak długo potrwa ten trening? Wiesz, mój dom jest na Wschodzie…
Vinci posłał mi spojrzenie wyrażające dezaprobatę. Dobrze wiedziałem, co myśli o Wschodzie, ale to był mój dom, moja bezpieczna przystań, gdzie zamierzałem zostać do końca swoich dni.
- Tak długo, jak będzie trzeba. To zależy od ciebie. Jeśli ciągle będziesz robił takie… wybryki, to na pewno szybko nie wrócisz na Wschód.
Zadałem mu jeszcze kilka nieistotnych pytań. W końcu zapadła między nami cisza, ale nie była ona niezręczna.
Ułożyłem się przy ognisku i zasnąłem. Tak doczekaliśmy poranka. Kiedy się obudziłem, Vinci był już gotowy i stał u wyjścia z jaskini.
- No już, idziemy. Nie ociągaj się, dziś twoja pierwsza lekcja.
Powstrzymanie mojego ciała przed mimowolnym podskoczeniem z radości nie było w tamtym momencie łatwe, jednak udało mi się tego dokonać. Jedynie mój ogon merdał jak oszalały.
Zadowolony podążyłem za Vincim.
(Vin?)

niedziela, 25 września 2016

Od Vinciego cd Kserskesa



Wstałem, upolowałem coś i poszedłem do basiora.
Zastałem go leżącego pod drzewem, gdy usłyszał, że idę, wstał chwiejnie.
- To jak, zaczynamy?- Zapytałem.
- Pewnie!- Krzyknął tak, jakby przebiegł 20 kilometrów. Szczerze mówiąc trudno nazwać to krzykiem, to było raczej jakieś sapnięcie.
- Ty chyba sobie żarty robisz.- Popatrzyłem na basiora z poirytowaniem.
- Co, dlaczego?- Wymamrotał.
- No.. Jak ty wyglądasz.- Rzekłem z lekkim obrzydzeniem.- Brudny, doły pod oczami.
Basior obejrzał swoje łapy, po czym się przewrócił i zasnął.
- Ach.- Warknąłem i uderzyłem pięścią w drzewo, które po chwili się przewróciło.
Wziąłem śpiącego basiora nad rzekę i wrzuciłem go do chłodnej wody. Uśmiechnąłem się szyderczo, a basior wrzasnął na całe gardło.
- Rozumiem, że wilki mają swoje potrzeby, więc dam ci się wyspać.
Kserkses uśmiechnął się.
- Chodź do mojej jaskini.
- Yyy.. Okej.
Poszliśmy powoli do mojej jaskini. Tam, Kserkses położył się i zasnął.
Położyłem się kilka metrów od niego i patrzyłem w niebo. Basior obudził się, gdy zaczynało się ściemniać. Nie było sensu nauki dzisiaj.
- Jutro zaczniemy naukę, ale masz spać tutaj. Nie zamierzam uczyć niewyspanego.
- Zgoda.- Odparł.
Postanowiliśmy, że rozpalimy ognisko, a następnie pójdziemy spać.
Użyłem swojego żywiołu i w mig rozpaliłem ognisko w jaskini.
- Pytaj o co chcesz. Odpowiem ci na wszystko. - Oznajmiłem.
Basior uśmiechnął się chytrze.

<Kserkses?>

Od Jīngshéna cd Dominici Victori

Wszyscy stali w miejscu, jakby czas się zatrzymał. Deszcz tłukł uparcie o blaszane rynny. Wziąłem głęboki oddech. Przymknąłem powieki, odlicając kojejne sekundy.
Raz. Dla ludzkich oczu zniknąłem. Wyparowałem, jak duch. Powietrze przelatywało przeze mnie. Czas zwolnił, każdy oddech i bicie serca. Chłód ogarnął moje wnętrze. Przedzierałem się przez deszcz z trudem stawiając kolejne kroki.
Dwa. Przeszedłem obok pierwszych dwóch ludzi. Stanąłem za wysokim najemnikiem. Czułem jego pot, ciśnienie krwi w żyłach. Stał jak posąg, wyciągając maczetę z pasa.
Trzy. Wziąłem kolejny wdech. Przygotowałem sztylet gotowy zadać cios.
Cztery. Zmaterializowałem się. Mój płaszcz opadł w miejscu gdzie wcześniej stałem. Napastnicy cofnęli się. Wstrzymali oddechy. Poczułem słodki zapach paniki. Czystej, cholernej paniki. Wypuściłem powietrze z płuc i poderżnąłem gardło pierwszemu. Zaczął się krztusić krwią. Jedną dłonią złapał za rozciętął szyję. Reszta zabójców odwróciła się i rzuciła na mnie. Odepchnąłem ciepłe zwłoki na najbliższego. Natychmiast zrobiłem unik. Kula z rewolwera przeleciała mi nad plecami. Pół obrót i wbiłem ostrze głęboko po rękojeść. Zrobiłem krok do przodu, obracając się plecami od zabójcy. Wyrwałem sztylet spod jego żebr i przeciągnąłem go na bok, osłaniając się nim od kolejnej kuli. Huk. Jęknął kiedy pocisk rozrywał mu mięśnie. Wyrzuciłem sztylet, trafiając kolejnego nacierającego w klatkę piersiową. Zachwiał się i upadł do tyłu. Następny pocisk świsnął mi tuż przed twarzą. Utkwiłem wzrok w strzelcu. Już wiedział, że teraz jego kolej. Wystrzelił jeszcze raz, ale rzuciłem się na kolano unikając pocisku. Wyjąłem z pasa dwa czarne rogi, lśniące w deszczu. Tamten wystrzelił ponownie. Odbiłem pocisk porożem i spojrzałem mu prosto w oczy. Pociągnął za spust. Rozległ się pusty dźwięk, koniec amunicji. Uśmiechnąłem się okrutnie i ruszyłem na niego. Tamten zaczął trzęsącą się ręką przeładowywać broń. Zamachnąłem się czarnymi rogami, kiedy ostatni zabójca zarzucił mi rękojeść siekiery na szyję. Szarpnął gwałtownie do tyłu, przyduszając mnie. Upadłem na plecy. Coś błysnęło w słabym świetle lamp. Przeturlałem się na bok w ostatniej chwili, kiedy ostrze topora wbiło się w bruk tuż obok mnie. Podniosłem się i ciąłem ostrym jak brzytwa rogiem jego brzuch. Dymiące organy rozsypały się po posadzce. Facet jęznął przeciągle i padł na kolana, a potem na twarz. Usłyszałem metaliczny zgrzyt przeładowywanego pistoletu. Rozległ się huk.
Nadal trwałem w pozycji z której ciąłem ostatniego. Strzelec stał pod lamią, blady jak ściana. Trzęsły mu się nogi, ale rękę miał pewnął. Zrobiłem przewrót w jego stronę i ciąłem oboma rogami, kiedy tamten oddał ostatni strzał. Poczułem jak chłód rozlewa się po moim boku, razem z krwią. Krew zaczęła również wyciekać z ust stojącego nademną strzelca. Zabójca uśmiechnął się makabryczne, plując czarnął mazią.
Zapach siarki nasilił się. Poczułem palące ciepło za moim plecami. Spojrzałem na twarz tamtego, kiedy w jego oczach odbił się błysk ognia. Skoczyłem na bok. Kula ognia rozerwała strzelca na strzępy. Moje ubranie dymiło mimo deszczu. Zacząłem się dusić, czując , jakby siły same mnie opuszczały. Jakby coś je ze mnie wysysało. Starałem się odczołgać od źródła eksplozji, ale nie mogłem. Obróciłem się na plecy i opadłem bez sił, walcząc z bólem o oddech. Deszcz rozbijał się o moją twarz, zalewała usta.
Światło lamp przesłonił mi cień mężczyzny w czarnym garniturze. Uśmiechnął się szatańsko patrząc na mnie oczami w których płonął żywy ogień.
 - Moja córeczka chce mieć pieska. - zaśmiał się nie ludzkim głosem. Nagle światło mi zgasło.  Jakby coś dołączyło mnie od rzeczywistości. Wszystko zatrzymało się.

Dominica?

sobota, 24 września 2016

Od Kserksesa cd Vinciego

Krótka historia z życia Vinciego odpowiedziała mi na kilka pytań, ale również doprowadziła do powstania wielu kolejnych. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że ludzie są tak samo prawdziwi jak zające czy niedźwiedzie.
Zmierzyłem basiora wzrokiem. Nie wątpiłem, że udało mu się przegryźć łańcuchy własnymi zębami. Sam wcześniej mogłem przekonać się o jego sile.
- Czy wszyscy ludzie są źli? – Zapytałem w końcu. – Słyszałem o nich też dobre rzeczy. Że czasem łapią w chorobie, a wypuszczają w zdrowiu.
- Mnie nie spotkało z ich strony nic dobrego – stwierdził. Nie chciałem drążyć tematu.
- A kiedy nauczysz mnie walki? – Nie potrafiłem ukryć ekscytacji.
- Jutro. Spotkamy się tu o tej samej porze, dobrze? – Zapytał.
- Dobrze.
Vinci zniknął w ciemności, a ja pozostałem sam na polanie. Nie miałem, gdzie się podziać, więc ległem na ziemi. Bałem się jednak tego miejsca i nie mogłem zasnąć. Godziny mijały, a ja tylko przewracałem się z boku na bok, czekając, aż Morfeusz weźmie mnie w swoje objęcia. Nie doczekałem się.
Kiedy basior w końcu wrócił, wstałem chwiejnie i przywitałem się z nim. Mój niewyspany mózg niezbyt dobrze radził sobie z pojęciem sytuacji.
- To jak, zaczynamy?
- Pewnie! – Wykrzyknąłem, ale niezbyt energicznie. Vinci chyba zauważył, w jakim stanie się znajduję.
(Vinci?)

Nowa wadera!

Lia

Uwaga

Powstał nasz pierwszy watahowy sklepik! W sklepie zielarza znajdziesz mnóstwo przydatnych eliksirów, które możesz użyć do zmian w formularzu wilka jak w opowiadaniach czy wyprawach. Już za niedługo powstaną kolejne dwa sklepy : z bronią i biblioteka. Zamierzamy również jak najszybciej wstawić rozpiski ścieżek oraz wyprawy i questy. Prosimy jednak o wyrozumiałość, niestety szkoła sprawia, że mamy coraz mniej czasu... Mamy jednak nadzieje, że podoba się wam nowa zakładka. Napiszcie co o niej sądzicie ;).
Administratorzy

piątek, 23 września 2016

Od Thundera cd Naomi - "Przywrócona miłość"

Wreszcie. Upragniona zgoda. Koniec lęku, samotności, smutku, przygnębienia. Kali mi przebaczyła, czyli jej na mnie zależy.
Przytuliłem waderę z całej siły.
- Thunder.. Puść.- Wymamrotała, gdy uścisnąłem ją jeszcze mocniej.
- No dobrze..- Rzekłem z uśmiechem.- To co, wracamy?- Zapytałem.
- Zgoda.- Odparła zadowolona.
Szliśmy powolnym krokiem w stronę granicy. Wiatr delikatnie muskał moją twarz, a przedzierające się między gałęziami słońce mnie chwilowo zaślepiało, mimo to cieszyłem się ogromnie, że już wszystko się poukładało.
- Ał, moja łapa..- Krzyknęła wadera, po czym się przewróciła.
Podbiegłem do Kali i wziąłem ją na grzbiet. Pozostałą część drogi niosłem ją.
- Gdy opatrywałem twoje rany po tym upadku, zauważyłem, że miałaś stłuczoną kość, więc będzie cię jeszcze bolała łapa przez.. Co najmniej kilka dni.
Wadera popatrzyła na mnie z delikatnym uśmiechem.
- Mam ciebie obok, więc zawsze mogę liczyć na twoją pomoc.
- Oczywiście.- Odparłem.
Postanowiłem pójść skrótem, prowadzącym przez góry. Szedłem wąskim urwiskiem, wadera ostrzegała mnie, żebym tędy nie szedł, ale cóż..
Było tam chłodno. Góry na czubkach były zaśnieżone. W końcu postanowiłem zejść i iść niższym urwiskiem.
Nagle poczuliśmy drgania, zatrzymałem się i rozejrzałem.Ku mojemu zdziwieniu, w naszą stronę z dużą prędkością zsuwała się lawina.
- Lawina!- Wrzasnąłem na całe gardło.
Kali zaczęła piszczeć, a ja biegłem po śliskim urwisku ile miałem sił w łapach. Z waderą na grzbiecie oczywiście.
Zacząłem się rozglądać, czy nie ma jakiegoś skrótu, ale nie. Wszystko zasypane. Biegłem na przód. Nie patrzyłem nawet na lawinę, tylko biegłem.
Po dwóch minutach biegu, niespodziewanie śnieg wręcz porwał mnie w dół. Na szczęście dałem radę odepchnąć waderę w bezpieczne miejsce, a ja dałem się ponieść pchającemu mnie coraz dalej śniegowi. Po kilku sekundach leżałem. Całkowicie pod grubą warstwą śniegu, moje ruchy były utrudnione, chłód również znacznie utrudniał ucieczkę. Brakowało mi powietrza. Zacząłem szybko machać łapami, próbowałem się odkopać. Minuty leciały.. Zauważyłem cienką wiązkę światła i usłyszałem głos.
- Kali!- Wrzasnąłem.
Wadera zaczęła kopać. Po kilku minutach wykopała mnie, zziębniętego.
- Dziękuję.- Rzekłem, po czym mocno ją przytuliłem.
- Nie ma za co.- Odparła zadowolona.
Znów wziąłem ją na grzbiet, mimo jej sprzeciwów, ale tym razem bezpiecznie dotarliśmy do naszej pięknej jaskini, na granicy dwóch watah.
<Kali?>

Dominica Victoria i Jīngshén są parą!

Życzymy wam wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia !!!

Od Dominici Victori cd Jīngshén

-Tato proszę puść mnie do niego, błagam-zaczynały płynąć mi łzy po policzkach-Proszę tato... Ja go kocham...
-Nie mogę cię tracić, raz już tak zrobiłem, bo byłem młody i głupi. Teraz tego nie zrobię.
-Tato...
-Wystarczy, dobrze będzie jak jeszcze pośpisz-powiedział i dotknął dłonią mojego policzka i momentalnie zasnęłam. Czułam jak kładzie mnie na łóżku i gładzi mnie po głowie.
Martwiłam się o Shena. Czy żyje, czy ocknął się, co z nim jest? Martwię się jak nie wiem.
***
Obudziłam się z lekkim bólem głowy. Na łóżku leżała piękna czarna sukienka z kartką „Od taty”. Wstałam i ją założyłam. Sięgała mi do kolan, podeszłam do lutra zobaczyć się. Przeraziłam się. Moja skóra była ciemniejsza, a zarazem blada. Nie miałam elfickich rysów twarzy, tylko przerażająco kościotrupią twarz i bardzo uwydatnione kości policzkowe. Moja paznokcie były większe i przypominały pazury. Moje rogi były jeszcze bardziej dostojniejsze. Blizna była widoczna jak tatuaż. W komnacie, w której byłam, był ogromny balkon. Wyszłam i zobaczyłam pustkę i śmierć. Coś nie dawało mi spokoju. To miejsce wydawało mi się bardzo znajome.
-Dawna kraina harmonii i spokoju.-powiedział ojciec wchodząc na balkon.
-Dom?
-Kiedy w końcu złamałem ich barierę, zacząłem ciebie szukać po krainie. Twierdzili, że cię zabili, za bycie przeklętą. Wiedzą jaka to kraina, to było nie możliwe. Nie chcieli nic powiedzieć. Nie umieli się bronic, jak niszczyłem tą krainę.
Położył dłoń na moje ramię.
-Zaraz będziesz tym do czego się urodziłaś.-powiedziałam a ja odwróciłam się do niego i spojrzałam ze zdziwieniem. Machnął ręką przed moją twarzą. Wróciło...
Moje oczy powiła czerń, zamiast zębów miałam kły. Ojciec na koniec czynu uśmiechnął się i powiedział:
-Wróciłaś.
-O tak tatuśku-powiedziałam szatańskim głosem.

[Shen?]