menu

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

PvB - Walka na arenie: Zinntah

Zinntah, twoje zgłoszenie zostało zaakceptowane!
W tym poście zawarte są informacje co do szczegółów walki - proszę, zapoznaj się z nimi dokładnie.

Wybrałeś typ PvB, więc przydzieliliśmy ci jedną z bestii z naszego lochu. Oto informacje o tej kreaturze (pomogą ci w walce):
Chyba każdy wie co to za maszkara. Ciało lwa, rogi, skrzydła nietoperza i wąż zamiast ogona. Bestia ulega czasami spontanicznemu samozapłonowi. Walczy za pomocą magi i ostrych zębów oraz pazurów. Niestety zwierze nie jest zbyt mądre, wykorzystaj to!


~Siła: 400
~Zręczność:200
~Szybkość: 200
~Wiedza: 0
~Spryt: 0
~Mana: 200
HP (zdrowie) : 6000



Wykorzystaj te wskazówki w walce.
Przydzieliliśmy ci arenę: Lodowe Skały
  
Powodzenia!
 PS: Napisz swój pierwszy ruch w komentarzu  .

Od Kserksesa cd Jīngshéna

- Nie, kamieni jeszcze nie jadłem, choć to mogłoby być ciekawe urozmaicenie diety - zażartował, a uśmiech nie zniknął z jego pyska. - Jem przeważnie ryby, owce czy inne rośliny jadalne. Zdarza się też czasem jakieś mięsko. Bycie drapieżnikiem zobowiązuje. Jestem Jīngshén, dla przyjaciół Shen.
Skinąłem głową na znak, że zrozumiałem. Jednocześnie przez mój umysł przetoczyła się fala myśli i wspomnień.
Kiedy ostatni raz próbowałem zjeść roślinę? Niby było to dawno, za szczenięcych lat, jednak wspomnienia tamtego przeżycia nawiedzają mnie do dnia dzisiejszego.
Gruzeł, mój daleki kuzyn, zaproponował mi przechadzkę do lasu w towarzystwie jego przyjaciół. Był starszy ode mnie o niespełna miesiąc, jednak znacznie przewyższał mnie wzrostem i muskulaturą. Czarne, szorstkie futro sprawiało, że wydawał mi się przerażający, niczym zły duch z opowieści. Wilk doskonale wiedział, że się go bałem i umiał to wykorzystać. Nie potrafił sobie odpuścić, gdy los dawał mu szansę, by mnie poniżyć. Kierowały nim niskie pobudki. Chciał zdobyć uznanie w oczach swoich znajomych. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo mnie to rani, ale raczej się tym nie przejmował.
Tamtego dnia wyglądał zupełnie inaczej. Uśmiechał się tak jakby szczerze, a w jego oczach połyskiwały przyjazne iskierki. Stwierdziłem, że może postanowił się zmienić i zgodziłem się z nim pójść. Zachowałem się wtedy jak głupiec.
Szliśmy chwilę wydeptanym szlakiem. W pewnym momencie wilk odbił w prawo, a ja skręciłem za nim. Usiadł przy drzewku. Podniósł łapę i przesunął nią liść, odsłaniając kryjące się za nim czarne owoce.
- Spróbuj, są bardzo dobre – zapewnił mnie.
Uśmiechnąłem się do niego i chwyciłem owoce w zęby. Kilka na raz. Rozgryzłem je, ich miąższ miał wyjątkowo słodki smak. Powiedziałbym nawet, że zbyt słodki. Nie chciałem być niegrzeczny i zmusiłem się do ich przełknięcia. Pomiędzy mną a Gruzłem zapadła niezręczna cisza. On cały czas siedział w tym samym miejscu i uważnie obserwował każdy mój ruch.
Kącik ust uniósł mu się w kpiącym uśmiechu, gdy zacząłem się krztusić. Wstrząsnęły mną torsje, które jak się potem okazało uratowały mi życie. Trucizna przedostała się już do mojego krwiobiegu i zaćmiła mój umysł. Świat zaczął się dla mnie mienić tysiącem nowych barw, a węch oszalał od nadmiaru przeróżnych zapachów. Słyszałem tylko śmiech Gruzła, który wydawał mi się zniekształcony, wręcz groteskowy. Byłem zbyt odurzony, by cokolwiek z tego zrozumieć i zacząłem śmiać się z nim. Potem kolory zniknęły, świat spowiła ciemność.
Świadomość odzyskałem we własnej norze. Matka czuwała nade mną z zatroskaną miną. Okazało się, że Gruzeł próbował otruć mnie trującymi jagodami. Wtedy po raz pierwszy, nieświadomie, użyłem magii i wznieciłem niewielki pożar. Mnie uratował, ściągając innych członków watahy w miejsce zdarzenia. Gruzłowi natomiast nadpalił futro. Założyłbym się, że jego skóra nadal jest pokryta bliznami po tamtym dniu. Miejscowy medyk próbował mnie leczyć, ale ja nie potrafiłem się obudzić ze śpiączki. Nie dawał mi szans na przeżycie. Matka jednak została ze mną, a mi udało się wrócić do tego świata.
Oderwałem się na chwilę od rozmyślań, a moją głowę zaczęła wypełniać pustka. Została jednak szybko zastąpiona przez inne, świeże wspomnienia. Nie były starsze jak kilka dni.
Zając skubał trawę, jednak pozostawał ostrożny. Współczułem mu. Całe życie musiał być czujny, na każdym kroku czaiło się na niego niebezpieczeństwo. Chwilowe rozproszenie uwagi mogło zakończyć się dla niego tragicznie. I tak stało się tym razem. Rzuciłem się na małe stworzonko. Zając przerażony próbował ucieczki, ja jednak byłem szybszy. Zacisnąłem szczęki na jego delikatnej szyi. Wydał z siebie okropny, pełen bólu dźwięk. Czułem w pysku jak jego mięśnie powoli wiotczeją, jak życie uchodziło z niego wraz z ciepłą krwią. Kiedy byłem już pewien, że umrze, położyłem ofiarę na ziemi. Widziałem, jak w jego oczach gaśnie iskierka życia. Poczułem się wtedy fatalnie.
Zając mógł w rzeczywistości być samicą. Gdzieś nieopodal mogła znajdować się jego nora, w której małe, niewinne zajączki czekały na powrót matki. Hipotetyczne zajączki nigdy jednak się tego nie doczekały i najpewniej umarły z głodu. Wszystko po to, bym mógł się najeść.
Poczułem się jak potwór, jakbym był kimś gorszym niż Gruzeł. Stwierdziłem, że chyba czas pozbyć się starych lęków. Może uda mi się zmienić dietę i uczynić świat choć odrobinę lepszym miejscem.
- Jeżeli chcesz mogę ci pokazać jedno z miejsc gdzie czasem jadam. O tej porze roku są tam dojrzałe owoce – te słowa wyrwały mnie z zamyślenia.
- Bardzo chętnie bym się tam przeszedł. Ten cały wegetarianizm nie brzmi tak źle – oznajmiłem. Postanowiłem jednak, że nie tknę niczego, dopóki mój rozmówca nie poczęstuje się pierwszy.
- To w tamtą stronę – pokazał łapą. – Chodź za mną, to nie tak daleko.
Jingshen ruszył żwawym krokiem w tamtym kierunku, miałem widok na jego kilka ogonów. Spojrzałem ukradkiem na kamień, który wcześniej upuściłem. Schyliłem po niego głowę i wysunąłem język. Kiedy jednak wilk spojrzał w moim kierunku, szybko się wyprostowałem i zrobiłem głupią minę.
- Idziesz? – Zapytał.
- Idę, idę – rzuciłem i zacząłem podążać tuż za nim.
(Jingshen?)

Od Jīngshéna cd Dominici Victori

Zasnęła szybko wtulona w moje rozgrzane ciało. Ale ja nie mogłem zasnąć. Serce mi nadal waliło a oddech nie chciał się uspokoić. Nadal byłem pobudzony, mimo zmęczenia. Czułem się świetnie, a jednak coś nie dawało mi spokoju i rujnowało mi humor. Nadal głaskałem ją po miękkich włosach i wdychałem ich słodki zapach jaśminu. Wyglądała uroczo. Tak spokojnie i niewinnie. W ogóle nie przypominała tej dzikiej bestii, którą przed chwilą widziałem. Czułem że dopiero wtedy była prawdziwie sobą. Cały czas wcześniej udawała kogoś, kim nie była. Zakładała maskę grzecznej dziewczynki, uśmiechała się słodziutko. A jednak, to nie była prawdziwa Dominica. Prawdziwą twarz pokazała mi dopiero dzisiaj. Westchnąłem ciężko i pocałowałem ją w rozpalone czoło. Mimo tego, że mnie okłamała nadal moje serce drżało, gdy była tak blisko. Wcześniej myślałem, że to tylko pożądane. A jednak, czułem coś więcej niż zwyczajne pragnienie drugiego ciała. Jednak wiedziałem, że może to być nie odwzajemnione uczucie. I to mnie tak smuciło.
Kiedy wyszedłem po zioła nie oddaliłem się tak daleko, jak Victoria myślała. Widziałem jej bliznę. Widziałem jej prawdziwe oblicze. Widziałem przyjemność w jej oczach, kiedy zabijała tamtych ludzi. A jednak nadal jej pragnąłem. Nie tylko cieleśnie. Chciałem, żeby przy mnie była, żebyśmy razem się śmiali i płakali. Chciałem po prostu być blisko niej. Blisko demona, którego nawet nie znałem i nie potrafiłem okiełznać.
- Kocham cię, Victorio. - szepnąłem, ale odpowiedział mi tylko głuchy gwizd wiatru.
Świt nadszedł niedługo potem. Burza przeszła i światło odsłoniło rany na moim ciele. Zadrapania piekły mnie, ale nie uleczałem ich. Jeszcze nie teraz. Ubrałem spodnie i czekałem cierpliwie, aż Dominica się obudzi.
Wtulona w moją koszulę, Victoria wieznęła słodko. Uśmiechnęła się i sięgnęła ręką w bok, ale nienatrafiła na moje ciało. Podniosła się zaskoczona i rozejrzała nerwowo. Kiedy mnie zobaczyła, siedzącego przy wyjściu z jaskini, uśmiechnęła się znowu słodziutko.
- Dzień dobry. - powiedziała, ale odpowiedział jej tylko mój poważny wzrok. Jej sztuczki i czary już na mnie nie działały.
Dziewczyna udała, że nie zauważyła mojej reakcji usiadła spokojnie i zaczęła zawiązać rzemyk na plecach sukienki.
- Pomożesz mi? - zapytała słodko.
- Musimy porozmawiać. - powiedziałem stanowczo. Viki zaśmiała się.
- Co taki zły? Nie podobała ci się ostatnia noc? - zapytała słodziutko rozbawiona.
- Wiesz, że nie o to chodzi, nie udawaj głupiej. Co ze mna wczoraj zrobiłaś?
- Ja? - zapytała niewinnie udając pełne zaskoczenie.
- Błagam. Już wystarczająco długo sobie ze mną pogrywasz. Dałem ci już szanse. Chciałem od ciebie tylko prawdy. Ale nie, ty wolisz się bawić w swoje chore gierki. - dziewczyna utworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie dałem jej tej satysfakcji. Wstałem z ziemi i kontynouwałem czując jak ogarnia mnie wściekłość. - Okłamywałaś mnie cały czas. Rzuciłaś na mnie czar, czy inne pieprzone cholerstwo. A teraz jeszcze to?! - pokazałem rany od zadrapań na mojej szyji, klatce piersiowej, twarzy. - To mi wystarczy. - odwróciłem się rzeby wyjść z jaskini. - To co się stało wczoraj, to nie twoja zasługa. Pragnąłem cię i bez tych twoich sztuczek. Ale teraz to już bez znaczenia.
Wyszedłem i ruszyłem przed siebie. Nie patrzyłem gdzie idę. Chciałem się po prostu znaleźć jak najdalej stąd. Byłem wściekły, ale nie na nią. Wściekły na siebie.
- Huò. - powiedziałem i moje ciało pokryło się blado błękitnym płomieniem. Zadrapania zagoiły się. Nie było widać po nich śladu. Nagle coś mnie zapiekło. Mała ryska na klatce piersiowej nie chciała zniknąć. Zrosła się jedynie i pozostała w formie bladej, prawie niewidocznej szramki. Przejechałem po niej palcami i westchnąłem smutnie. A jednak, dziewczyna zostawi mi jakąś pamiątkę.
Wróciłem do swojej jaskini. Usiadłem przy jeziorku w głębi mojego "domu". Zmierzwiłem sobie włosy i patrzyłem chwilę na moje odbicie w wodzie. Shen, kogo ty kurwa oszukujesz? Tak łatwo o niej nie zapomnisz.


<Dominica? Nie mogło być za pięknie xd>

Od Dominici Victori cd Jīngshéna

Buzując krew w w nas. Przyspieszone oddechy. Tego mi brakowało. Wiedziałam, że nie przestanie pragnąć mnie i moich ust. Leżał przygwożdżony do podłogi. Nie dałam mu drgnąć. Porysowałam swoimi pazurkami jego piękne ciało. Wykorzystam go i zostawię takiego, aby już żadna go nie chciała. Przyjemność czerpałam ogromną. Nie przejmowały go słaby po wbitych pazurach. Był cały podrapany, jednak był skupiony na mnie. Jednak wyszła z niego wilcza natura i przeją inicjatywę. Przeniósł mnie na naszą stertę ubrań. Położył delikatnie jak największy skarb. Zaczął zabawę już naprawdę. Czułam jego dłonie na moich biodrach po wewnętrznej stronię. Westchnęłam ciężko. Shen uśmiechnął się zadziornie. Jak wilk do swojej zdobyczy. Pocałował najnamiętniej jak umiał. Pragnął mnie całej, czułam to. Położyłam dłoń na jego torsie naprzeciw serca. Jeszcze bardziej podnieciłam go. Już nie wytrzymał. Postarał się najbardziej abym pamiętała ten dzień. Czułam go w sobie. Nasze podniecenia zwiększyły się jeszcze bardziej. Basior miał gdzieś wszelkie zasady. Czułam jego ruchy, jego dzikie ruchy. Cicha nie byłam. W jaskinie dobrze odbijały się moje jęki. Jego jeszcze bardziej był podniecony. Nie panował nad sobą. Było po nim widać, że jest skupiony na swojej przyjemności. Jeszcze żadem z moich obiektów, które podsycałam żaden tak mocno nie zareagował. Jaśmin bardzo pomaga, ale temu to się odjechało po całej linii. Jaśmin jest za mocny dla niego. Ostatni mój krzyk zapieczętował nasze górowanie. Po chwili zmęczeni opadliśmy na przyjemnie chłodne skały. Jego serce waliło jak oszalałe. Położyłam głowę na jego torsie. Jeszcze nigdy nie byłam tak zmęczona. Jedną rękę położyłam przy jego sutku. Pocałowałam go w pierś. Głaskał mnie po głowie. Moje powieki same się zamknęły. Zasnęłam wtulona w niego.

[Jīngshén]

Od Jīngshéna cd Dominici Victori

Jeden namiętny pocałunek. Jeden dotyk jej ust. Tyle wystarczyło żebym zapomniał o świecie w około. Zanużyłem ręce w jej jedwabistych włosach, a ona w moich. Czułem jej paznokcie wbijające się lekko w moją skórę. Nie odrywając swoich ust od moich Victoria zaczęła mnie ciągnąć do tyłu a ja się nie opierałem. Nie miałem już sił się jej dłużej opierać i po prostu nie chciałem. Zjechałem dłońmi nieco w dół, po jej szyji. Złapałem mocno jej ramiona. Poczułem jak jej kącik ust delikatnie napiął się w uśmiechu rozkoszy. Zjechałem jeszcze niżej. Pociągnąłem za rzemyk, którym była związana z tyłu sukienka dziewczyny. Wiązanie posłusznie puściło, materiał poluźnił się nieco. Zacząłem zsunąć z niej ubranie, z jej talii, bioder, aż sukienka sama zjechała w dół. Dłonie Victorii zaczęły błądzić po moich plecach. Ciepło bijące od niej rozlało się po całym moim ciele. Płynnym ruchem rozpięła moje spodnie. Przejechała rękami po moich pośladkach, a spodnie same zsunęły się do końca. Złapałem jej jędrny tyłek. Dziwczyna zarzuciła na mnie swoje nogi, objęła mnie nimi w pasie. Złapałem mocno, podniosłem ją do góry. Ona wróciła dłońmi do moich włosów, zaczęła je mieżwić dziko. Docisnąłem jej plecy do ściany jaskini. Ona przygryzła lekko moje usta. Opuściła jedną nogę, powoli ocierając ją o mnie, drugą oparła na moim biodrze, odepchnąła się od ściany. Opadłem na ziemię a ona pchała mnie dalej aż położyłem się całkiem. Dopiero wtedy zabrała mi swoje usta, a ja odrazu zacząłem ich pragnąć spowrotem przy moich. Usiadła na mnie i odrzuciła swoje ciemne włosy do tyłu. Uśmiechnęła się ponętnie. Zchyliła się, opierając dłonie o ziemię nad moimi ramionami. Spragniony sięgnąłem jej ust, a ona łaskawie pozwoliła mi zwów złączy się w tym gorącym pocałunku. Złapałem jej kształtne biodra, przejechałem dłońmi po smukłej talii, aż moje ręce znalazły się znowu na jej plecach. Przyciągnąłem ją mocno do siebie. Leżała na mnie, jej dłonie znów zaczęły szarpać moje włosy. Chwyciłem jej nadgarstki, odwróciłem się i przygwoździłem ją do ziemi. Nasze usta nadal nie dorywały się do siebie. Smakowała tak słodko. Jej włosy pachniały jaśminem. Wyzwoliła swoje dłonie i oparła je o moją klatkę piersiową, wbiła paznokcie w obojczyki. Odepchnęła mnie od siebie. Uderzyłem o skały po drugiej stronie. Natychmiast znów do mnie przypadła. Przyparła mnie do zimnej ściany. Wbiłam ręce w moje bicepsy. Złapała moje nadgarstki, szarpnęła nimi do góry i przycisnęła moje ręce do ściany nad moją głową. Obezwładniony zacząłem ją całować po szyji, dekoldzie i obfitym biuście. Podniosła jedno kolano i oparła je o skałę. Biodra przysunęła jeszcze bliżej. Przymknęła oczy opanowana dziką rozkoszą. Czułem jak bije jej serce. Słyszałem przyśpieszony oddech. Poluźniła uchwyt. Wyrwałem swoje ręce i znów znaleźliśmy się na ziemi, a nasze usta ponownie się spotkały.

Dominica Victoria?

Od Jīngshén CD Kserksesa


Patrzyłem w zamyśleniu przez chwilę na kamień, który przed chwilą trzymał Kserkses, poczym wybuchnąłem śmiechem. Wizja wilka zjadającego kamienie wydała mi się naprawdę zabawna. Zacząłem kręcić głową przecząco, uspokajając szczery śmiech. Tamten tylko przechylił głowę lekko na bok, uśmiechnął się niepewnie i ponownie zamiótł ziemię ogonem.
- Nie, kamieni jeszcze nie jadłem, choć to mogłoby być ciekawe urozmaicenie diety. - zażartowałem, nadal z uśmiechem na pysku. - Jem przeważnie ryby, owce czy inne rośliny jadalne. Zdaża się też czasem jakieś mięsko. Bycie drapieżnikiem zobowiązuje. - odpowiedziałem. - Jestem Jīngshén, dla przyjaciół Shen.
Wilk skinął głową zamyślony. Przez chwilę trwała cisza, ale widziałem po minie nowego towarzysza, że temat mojego "vegetarianizmu" nie dawał mu spokoju. Nie dziwiło mnie to. Kiedy pierwszy raz się z tym spotkałem, też było mi ciężko uwierzyć. Wilk, pierwszorzędny mięsożerca, miałyby sobie odmówić tłustego jelonka? A jednak. Zastanawiałem się jeszcze chwilę zanim się odezwałem.
- Jeżeli chcesz mogę ci pokazać jedno z miejsc gdzie czasem jadam. O tej porze roku są tam dojrzałe owoce.

Kserkses?


niedziela, 28 sierpnia 2016

PvB - Walka na arenie: Dominica Victoria

Dominica Victoria, twoje zgłoszenie zostało zaakceptowane!
W tym poście zawarte są informacje co do szczegółów walki - proszę, zapoznaj się z nimi dokładnie.

Wybrałeś typ PvB, więc przydzieliliśmy ci jedną z bestii z naszego lochu. Oto informacje o tej kreaturze (pomogą ci w walce):
Oto Devones , kamienna bestia pochodząca z północy. W skrócie to: beznogie cielsko, ogromna siła,  ostre jak brzytwy kolce i 5 szpalerów zębów.  Pamiętaj bestia nie posiada oczu a jej jedynym słabym punktem jest nieokryta kamiennym pancerzem spodnia część ciała.
~Siła: 750
~Zręczność:200
~Szybkość: 250
~Wiedza: 0
~Spryt: 0
~Mana: 0
HP (zdrowie) : 6000 + 1000 pancerza

Wykorzystaj te wskazówki w walce.
Przydzieliliśmy ci arenę: Vulcanica
  
Powodzenia!
 PS: Napisz swój pierwszy ruch w komentarzu  .

Od Anadil Cd Zinntah

Nareszcie woda!
Oaza to jednak wspaniała rzecz. Po długiej wędrówce jej widok to brama do raju.Tak więc teraz tu siedzę, po szyję w przyjemnej, chłodnej wodzie. Za mną skwar i żar pustyni. Tutaj- cień dawany przez palmy, jeziorko i wypoczynek. Bosko!
Nagle, kiedy tak patrzyłam w dal korzystając z chwili wytchnienia, na horyzoncie zamajaczył jakiś kształt. O kurczę! A jeśli to jakaś krwiożercza bestia jedząca wilki?!
Nie no, za bardzo panikuję. Może to ktoś, kto pokaże mi drogę do biblioteki, bo tam właśnie zmierzam. Mniej więcej. Miejmy nadzieję, że nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo, bo dookoła piach, nie ma dokąd uciec, a i kryjówek nie jest za wiele. Ewentualnie spróbuję wleźć na palmę i będę tam czekać. A jeśli to coś umie się wspinać? Nie, palma odpada.
Kształt zaczął się przybliżać i po chwili było już pewne, że idzie tutaj jakiś wilk. Wyszłam leniwie z wody i otrzepałam się. Wilk wszedł do oazy i zaczął łapczywie chłeptać wodę. Na pewno mnie zauważył, ale wiem co znaczy być porządnie spragnionym i nie nawiążę kontaktu już teraz. Podreptałam pod największe drzewo i tam usiadłam. Jak chce pogadać, to pogada.
Faktycznie, kiedy wilk odpoczął, zwrócił się w moją stronę. Była to piękna, różowa wadera, niewielka, ale coś w jej twarzy mi mówiło, że nie jest szczeniakiem. Wilczyca zbliżyła się i spytała:
- Kim jesteś?
- Mam na imię Anadil.- wysapałam nieśmiało. Teraz, gdy rozmowa się zaczęła, z trudem dobierałam słowa.
- Zinntah.- rzuciła wadera i usiadła obok mnie.
- Ile ty w ogóle masz lat? - zapytałam i natychmiast tego pożałowałam. Jak mogłam zachować się tak głupio! Ze zdenerwowania zakryłam pysk łapą.
Zinntah lekko się uśmiechnęła.
- Więcej niż ci się wydaje.
Uff, chyba jej nie uraziłam.
- Co cię tu sprowadza?- wadera spojrzała na mnie z ukosa.
- Szukam biblioteki. Ponoć jest w samym sercu watahy, na obszarach neutralnych. A ty? Co tu robisz?- zaciekawiłam się.
( Zinntah? :))

Od Dominici Victori cd Jīngshéna



W czasie uśpienia walczyłam ze swoimi myślami. Koszmarami największego wymiaru i z piekłem w moim sercu. Wystarczyły by dwa słowa, a było by po bólu. Dziwne, chyba zależy mi na czymś, a tym czymś jest wilk. Ciekawe. Jestem tez ciekawa co dzieje się z czarem, który coraz bardziej działa na basiora. Otworzyłam oczy. Słyszałam deszcze uderzający o skały. Skręciło mi się w głowie i miałam lekką mgłę przed oczami. Czułam zapach ryby, smażonej ryby. Wedy poczułam, ze jestem głodna. Siadłam podpierając się rękami. Widziałam, gdzie siedział Jīngshén.
-Obudziłaś się-powiedział wesoło.
Wtedy magia, pod której wpływem jest Shen wróciła "zdać raport". Jest już dobrze. Czuję, ze dziś będzie mój. Już miał wizje.
-Tak-powiedziałam ponuro.
-Jak się czujesz?
-Kręci mi się w głowie-powiedziałam, według prawdy.
-Dam ci się napić jakiś ziół, aby ci przeszło-powiedział i gwałtownie wstał, i wyskoczył jak oparzony, jakby mu zależało.
Teraz miałam chwilę.
-Sello de Lucifer- wypowiedziałam i moja piękna blizna powróciła. Gdy zaczęła mnie leczyć poczerwieniała . Rana na boku znikła, czułam się normalnie. Blizna szybko znikła, akurat gdy basior wchodził do jaskini.
-Widzę, że już lepiej się czujesz.-powiedział otrząsając się z wody.
-Wysusz się przy ognisku, bo ryba gotowa-powiedziałam wskazując palcem.Chcieliśmy podejść do ryby w tym samym czasie. Dotknęłam dłonią jego policzka i lekko go rozpaliłam, tak, że basior był zarumieniony . Spojrzał na mnie wtedy ja ujęłam jego twarz dłońmi.
-Masz piękną twarz jako człowiek-powiedziałam i nasze usta zetknęły się. Tym samym w głowie tak pomieszałam, aby nie był wstanie odejść ode mnie.

[Jīngshén]

Od Huayry



Ciemną sale biblioteki oświetlał jedynie płomyk łojowej świecy. W pomieszczeniu było duszno, pachniało starym pergaminem. Mimo późnej pory ktoś nadal przeglądał stare woluminy. Drobnej postury wadera otworzyła jedną z ksiąg. W powietrze wzbiła się chmura kurzu. Kartki pożółkły, pismo wyblakło, nadal jednak można było odczytać dziwaczne runy. Kartki chrzęściły pod jej łapami, czytała szybko, jakby się śpieszyła. Wszystkie mięśnie miała napięte. Spodziewała się ataku? Przez otwarte okno do środka dostał się podmuch wiatru, zgasił łojówkę. Po całym pomieszczeniu zaczęły pełzać długie cienie. Z za chmur wyjrzał księżyc, jego promienie oblały bibliotekę. Nagle do uszu wadery doszedł cichy szelest. Zawarczała szybko. Odwróciła się napięcie i skoczyła. Przygwoździła do ziemi innego wilka. Blask ich oczu oblał pomieszczenie błękitnym światłem. Unieruchomiony wilk wyrywał się, jednak wadera, mimo swojej postury okazała się nadzwyczaj silna. Spojrzała w oczy nieznajomego wilka. Przez jej umysł przelała się fala cudzych wspomnień, rozluźniła chwyt. Wilk natychmiast wyrwał się z pod jej uchwytu i wyszczerzył kły. To również była wadera, jej futro było prawie śnieżnobiałe, nie licząc kilku znamion. Oczy równie błękitne jak oczy mniejszej. Otaczała ją dziwna aura, jakby w powietrzu unosiły się setki migoczących plamek. Wilczycy od razu skojarzyła się z księżycem, widziała odbicie srebrnej tarczy w oczach obcej.
-Przepraszam.- Wybełkotała. – Myślałam, że jesteś kimś innym… - Dodała ciszej, nadal jednak była gotowa do ataku, mimo wszystko nie znała jej. Biała wadera nie odezwała się, stała dumnie wyprostowana, wpatrując się w byłą agresorkę.
- Jestem Huayra. – Przedstawiła się po chwili drobniejsza wilczyca.
-Ja jestem Seyia Hean Vuela. -  Rzekła wreszcie nieznajoma, jej głos był jakiś dziwny. Hauyrze przypominał trochę śpiew wiatru w koronach drzew.
-Miło mi cię poznać.
(Seyia?)