menu

piątek, 6 stycznia 2017

Od Jīngshéna cd Dominici Victorii

Przez chwile stałem w konsternacji, nie wiedząc co się przed chwilą stało. Ale na miejsce osłupienia szybko przyszło oburzenie, zażenowanie.
- To już nawet w myślach nie mogę być wolny? - zapytałem sam siebie patrząc w ślad za wilczycą.
Najwyraźniej się przeliczyłem. Nie ma już nawet zaufania w tym związku. Jak ona śmie wchodzić mi do głowy? Jak może pozwalać sobie odczytywać cudze myśli? Poczułem się nieswojo. Jakbym został wyśmiany i upokorzony w oczach całego świata. Nawet we własnej głowie nie mam przy niej prywatności. Brak własnych myśli. Brak własnego zdania. Brak człowieka i duszy. Zniewolony wrak. Policzki zaczęły mi się gotować z wściekłości.
Ruszyłem do siebie. Ani chłodny wiatr, ani szelest bambusu nie był w stanie mnie uspokojić. Upokorzony. Każda z moich myśli o niej mogła nie być prawdziwą, właśnie sama mi to pokazała. A ja się łudziłem na uczucia. Myślałem o miłości, a było to jedynie złudzenie. Ale... Ona włada jedynie umysłem. Nie mogła zmylić serca. Westchnąłem ciężko. Cały czas targał mną silne emocje. Wściekłość i smutek mieszały się naprzemiennie.
Dziecko. Jedyne co przewijało się w tej burzy myśli i przekleństw nieustannie. Starałem się je uratować. Opiekowałem się nim płomieniem, ale... Nadal nie wiem czy to nie były próżne starania. Nie wiem czy ono jeszcze żyje. Ja... zrobiłem co mogłem. To ona doprowadziła je do zagłady i niechybnej śmierci. ONA będzie winna, jeśli niewinne szczenię zginie. ONA. Samolubna. Zapatrzona w siebie i swoje problemy. Myśli że jest najważniejsza na świecie. Że wszystko kręci się tylko w okół jej. Czy pytała mnie co o tym myślę? Czy ona pytała, czy ja chcę to dziecko? NIE. Nie obchodziło ją moje zdanie. I najwyraźniej nadal nie obchodzi. Taka próżna. Ma przegnite serce. Oby zdechło. Będzie to jej wina. JEJ. Nie moja! Moja... Moja Victoria... Spojrzałem tęsknię w tył. Nie. Muszę być silny. Muszę być stanowczy. Ona jedynie mieszała mi w głowie. Sama się do tego przyznała. Tam czekają mnie tylko kłamstwa i cierpienie.
- Piękny dzień. - usłyszałem czyjś zimny, metaliczny głos. Podniosłem wzrok. W cieniu stał czarny lis. Miał gęste futro i węglowe skrzydła. Jego oczy miały rudy połysk. Z pyska nie zchodził mu dziwny uśmiech.
- Biedny smutny wilk. - powiedział rozbawiony. - Biedny zraniony wilk. A odpowiedź jest taka prosta. - zachichotał wrednie.
- Czego chcesz? - warknąłem.
- Pomóc. - powiedział, jakby przejętym głosem. - Jedynie pomóc biednemu wilkowi.
Zmierzyłem go wzrokiem. Przez chwilę miatały mną wątpliwości. Ale ta chwila minęła.
- Jak chcesz mi pomóc? - zapytałem martwym tonem.
Lis uśmiechnęł się chytrze i wyszedł z cienia. Rozejrzał się po okolicy.
- Lepiej pójdźmy do ciebie, Jīng. Drzewa mają uszy. - powedział i spokojnie ruszył w kierunku mojej jaskini.
- Skąd... - powiedziałem powoli do siebie. Skąd on zna moje imię? Skąd wie kim jestem i gdzie mieszkam? SKĄD? Miałem zbyt wiele pytań. Nieufnie ruszyłem za czarnym przybyszem.
***
-A ty skąd możesz to wiedzieć?! - warknąłem zdenerwowany.
-Oddaj ją mnie, ja się nią zajmę. - mówi dalej, opanowanym głosem.
Zacząłem nerwowo krążyć po jaskini.
- Wiesz, że próbuję ci jedynie pomóc. Jest tylko jedna rozsądną decyzja. Wystarczy, że się zgodzisz a twoje problemy znikną.
- Nazywasz ją problemem?! - spojrzałem sceptycznie na przybysza. On jedynie wzruszył ramionami. Przez chwilę trwała cisza. Nagle nieznajomy poruszył się niewspokojnie.
- Dokończymy tą rozmowę w nieco... OSOBISTSZYCH warunkach. - powiedział wymownie i uśmiechnął się do mnie chytrze. Z pomiędzy drobnych, ostrych zębów wysunął się na chwilę wężowy język. - Ach te czasy. Teraz nawet i ściany mają uszy. - ryknął głośnym śmiechem i podszedł do mnie. Nachylił się do mojego ucha. - Tutaj nie jest jej miejsce. Nie należy do tego świata. Powinna być wśród swoich. - syknął cicho. Spojrzał głęboko w moje oczy. Czułem jak przewierca wzrokiem moją duszę. Uśmiechnął się ochydnie i skniął na pożegnanie. Wbiłem nieobecny wzrok w ziemię, kiedy przekraczał próg.
- M'Lady. - usłyszałem przytłumiony głos z zewnątrz. Po chwili do wnętrza jaskini weszła głośno Victoria. Podniosłem wzrok i spojrzałem na zewnętrz. Nieznajomy skinął głową ostatni raz i z szatańskim uśmiechem rozpłynął się w cieniu. Spojrzałem na Dominicę, bez emocji w oczach. Mój głos był zimny.
- Miło, że raczyłaś mnie odwiedzić. - Nie myślałem. Nie popełnię już tego błędu. Nie tym razem. Patrzyłem przez chwilę na jej zmieszaną twarz. - Czego chcesz?

Dominica?

czwartek, 29 grudnia 2016

Od Anadil cd Lii

W lesie panowała martwa cisza. Zero wiatru, co trochę mnie zaniepokoiło.
- No i gdzie są te potwory?- spytała niepewnie Lia.
- Są tu... Na pewno. Cicho!- syknęłam, bo usłyszałam z daleka wrzask Stymfa. Nie znam dziwniejszego i bardziej napawającego niepokojem dźwięku. Przypomina on pisk jastrzębia, ale jest zdecydowanie bardziej mroczny i przepełniony grozą. To bardziej ryk niż ptasi świergot. Chociaż, jeżeli chcą, to potrafią. Zdarzało mi się usłyszeć pieśń Stymfów, symfonię bólu i cierpienia. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że była ładna, całkiem melodyjna i przyjemna dla ucha.
- No i?- wyrwał mnie z rozmyślań głos towarzyszki.
- Czekaj...
Drzewa za nami się poruszyły. Dostrzegłam diabelsko czerwone oczy i śmiertelnie groźny dziób.
- Na mój znak uciekamy. Za mną! JUŻ!- krzyknęłam do ucha Lii i sprintem pobiegłam w dobrze znanym mi kierunku.
- Trzymaj się blisko ziemi, przy krzakach, pod koronami drzew!- poleciałam, a Lia posłuchała. Wiedziałam, że to konieczne, choć sama ledwo znosiłam bieg z brzuchem przy ziemi. Byłam jednak pewna, że dzięki temu ptaszysko nie będzie miało jak nas gonić. Jest za wielkie na berka w lesie. Właśnie dlatego uciekamy na skały.
Oznajmiłam to Lii.
- Tak, jasne, i co jeszcze?! Chcesz skończyć jako potrawka dla ptaków?!- zjadliwie warknęła wadera.
- Nie.- odburknęłam. I właśnie dlatego tam idziemy, dodałam w myślach. Na skałach jest zdecydowanie łatwiej...
Roślinność zaczęła się przerzedzać, wybiegłyśmy na skalisty teren. Tutaj się zatrzymałam, a Lia poszła w moje ślady, z pewnymi wątpliwościami. Wypowiedziała odpowiednią formułę i złapałam bicz, gotowa do ataku. Lia dzierżyła sztylet. Byłam pewna, że wkrótce pojawią się ptaki. Czekałam minutę, dwie... I nic. Dziwne... Zdecydowałam się na nieco bardziej drastyczne środki. Zarzuciłam biczem nad głową i kręciłam nim jak lassem. Wkrótce spostrzegłam znajome ptaszysko. Stymf leciał ku nam i wylądował parę metrów od nas. Wrzasnął, a ja lekko się przestraszyłam, ale nie za bardzo. Znam Stymfy jak własną kieszeń...eee, własną jaskinię. Pomachałam biczem przed zakrzywiony, długim dziobem, a czerwone ślepia śledziły każdy mój ruch. Robiły się coraz łagodniejsze, i o to mi chodziło. Zbliżyłam się do ptaka i wyciągnęłam łapę ku niemu. Stymf, niczym potulny piesek, podsunął dziób do głaskania. Całemu zdarzeniu przyglądała się Lia.
- Yyy, o co chodzi?- wymamrotała.
- Udało mi się oswoić Stymfa, ale to nie potrwa długo. Te stworzenia są zdradzieckie, niedługo mu przejdzie, niestety. Wykorzystamy to.
Wyskoczyłam na grzbiet stwora. Lia chciała zaprotestować, lecz już siedziała koło mnie, wciągnięta przez łapę ptaka. Znów zarzuciłam biczem i musnęłam nogę Stymfa.
- Leć!- rozkazałam i złapałam go za pióra na szyi. Wzbiliśmy się w powietrze, a ja sterowałam dziwacznym wierzchowcem. Pociągnęła za pióra z lewej strony, a skręcił w lewo. Z prawej, w prawo. Proste!
- Ekhem. Lia.- wadera spojrzała na mnie.- Oswoiłam nam ptaszysko, żebyśmy mogły uciec przed innymi takimi. Stymf Stymfa nie tyka, to niepisanie prawo. Gdybyśmy zaryzykowały samodzielną przeprawę, już byłoby po nas.- wyjaśniłam.
- Acha...- westchnęła wilczyca. Nagle koło nas przeleciał inny Stymf. Ryknął ostrzegawczo. Ten nasz wysunął pazury i skrzeknął. Polecieliśmy dalej. 
- Widzisz!- zatriumfowałam.
Leciałyśmy i leciałyśmy, aż powoli musiałyśmy lądować. Dotarłyśmy do mojej watahy.


< Lia? Miałam wenę, nareszcie! >

Nowy wilk!

Kair

wtorek, 27 grudnia 2016

Wyniki konkursu !

Uwaga uwagaa !

Chyba już przyszedł czas na ogłoszenie wyników konkursu ;)
Zacznijmy od dołu.... 

Czwarte miejsce w konkursie zajęłaa.... INEZ!
Która zdobyła aż 33,5 punkta.


Trzecie miejsce zajął.... JINGSHEN! 
Który zdobył aż 35 punkty. 

Druuuugie miejsce zajął... KSERKSES! 
Który zdobył aż 36 punktów.

A zwycięzcą konkursu jest ANADIL!! 
Która zdobyła łącznie aż 36,5 punkta.

 Wszystkim serdecznie gratulujemy!

A teraz przejdźmy do nagród.

Jak obiecałam, nagrodą są cztery smocze jaja (plus srebrniki, jakieś małe upominki, pd i um, klasyka ). Pierwszeństwo wyboru ma osoba, która wygrała konkurs. A teraz przedstawiam wam rodzaje smoków, pośród których możecie wybrać.

-Smok duszy, Nafsi
-Smok ognia, Moto
-Smok powietrza, Hewa
-Smok słońca, Jua

Smocze jaja znajdą się w waszym ekwipunku, dopiero gdy każdy zostanie już przydzielony. Proszę, właścicielka Anadil napisała do adminów, na howrse, email bądź w komentarzu pod tym postem, którego z czterech podanych wybiera. 

Poza tym, eliksiry z waszych opowiadań niedługo znajdą się w sklepie naszego zielarza.

A już jutro (może pojutrze, zależy jak moje wi-fi będzie się sprawować, wczoraj się zbuntowało i dlatego ogłosiłam wyniki dzisiaj) pojawią się zakładki z zadaniami dla stad ;) 


Proszę napiszcie pod tym postem czy chcielibyście jakiś mały konkurs, coś jak to na halloween. Albo może macie inne pomysły? Piszcie śmiało! Nie gryziemy! (An jedynie połyka w całości ;) )

Administratorzy WWP


sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Hej wszystkim !
Święta, święta nadeszły w końcu:3
Zespół adminów chciałby wam życzyć wszystkiego co najlepsze w nadchodzącym Nowym roku. Jak najwięcej weny w zanadrzu, jak najmniej nauki, trosk i zmartwień. Niech życie układa się po waszej myśli, a opowiadania wychodziły spod waszych palców coraz lepsze i barwniejsze. Życzymy wam dużo, dużo zdrowia, bo to w życiu najważniejsze. Również dużo hajsów ;P bo wygodniej płakać w Mercedesie. Oczywiście życzymy wam wesołych i spokojnych świąt, spędzonych w miłym, ciepłym, rodzinnym gronie. Aby gwiazdor, Mikołaj czy kogo tam uznajecie przyniósł wam to co sobie wymarzycie.
Nie zapomnijcie o nas, bo my o was nigdy nie zapomnimy. Może się wydawać, że trochę się oddalamy, ale zawsze gdzieś tam będziemy. 
A no i najważniejsze, udanego sylwestra kochani !
Dziękujemy, że jesteście z nami!

Administratorzy WWP w składzie An, M, Blue oraz Jake (jedyny męski pierwiastek zespołu;) )

PS: A już jutro wyniki konkursu !

PS2: Trochę aktywność spadła:c może jakiś event noworoczny chcecie ? Coś w stylu tego na Halloween?

PS3: To brzmi jak konsola do gier, napiszę w następnym

PS4: To też jak konsola x.x

PS5: Piszcie do nas częściej;P my nie gryziemy ! (Chyba..)

PS6: Kochamy was !

czwartek, 22 grudnia 2016

Od Lii cd Anadil


Las Stymfów... to brzmiało.. głupio ale też przerażająco.
- Las. - Mruknęłam. - Idziemy do lasu
- Czemu nie do watahy.
- To zbyt ryzykowne.
- A Stymfy nie są ryzykowne?
- Mniej.
- Aha. Raczej nie
- Dobra. Chodź bo zaraz zwariuję.
- Jasne...
- Bogowie nie bez przyczyny zesłali ten sztylet.
- jednym sztyletem bitwy nie zwyciężymy. - Mruknęła Ana wyprzedzając mnie trochę. Ja szłam za nią do tego dziwacznego lasu
- Czasem trza przegrać bitwę by zwyciężyć wojnę. A teraz prowadź do lasu... choroby. - Ana popatrzyła na mnie z jednostronnym uśmiechem. Po chwili zaczęłam oddawać się wyobraźni i głupim myślom.
,, Ryba... ryba może być słodko wodna i słono wodna. Ja osobiście wolę rybę słodko wodną bo słono wodna śmierdzi rybą ale przecież ma do tego prawo bo to ryba rybowa o kształcie ryby rybiatej. Ryba może być duszona, smażona, gotowana lub pieczona. Ryba ma kształt opływowy i jest okryta śluzem ( Dlatego jest śliska ) Gębę ma gębowatą i se ją zamyka i otwiera. To cecha rybiej gęby. Oczy ryby są otwarte. Ryba dodać rybę to dwie ryby a jak drugą wypatroszyć będzie półorej. Zamiast płuc...
- Już jesteśmy
- Ryba... co? - Obudziłam się gwałtownie z zamyśleń.
- To tutaj. Las Stymfów.


< Anadil? Mam wenę na wyczerpaniu. )

niedziela, 18 grudnia 2016

Od Dominici Victori cd Jīngshéna

Moja twarz zrobiła się poważna. Spojrzałam na Shena wymownie.
-Sama dam sobie radę- powiedziałam i zaczęłam wychodzić z jaskini.
-Victoria-jęknął Shen.
-Zapomniałeś o jednym Shen. Ja umiem czytać w myślach.-powiedziałam poważnie- Moje pełne imię to Dominica Overo Mueteria Imperia Noshessa Irma Kasadranes Apokalipsis. W miłości nie kłamałam nigdy. Teraz znasz całą prawdę. Przykro mi, ze pokochałeś tą nie prawdziwa mnie. Droga wolna, możesz iść, ja ciebie nie trzymam. Idź i szukaj swojej Dominici Victorii, może ją znajdziesz, ale nie we mnie. A i jeszcze jedno, dzieckiem mogę zając się sama więc nie musisz się o nic martwic.
Schowałam się w cień i rozpłynęłam się. Tak przeskakiwałam z cienia na cień, aż dodarłam do terenów mojego stada. Szybko znalazłam się w swojej jaskini. Siadłam przy kamieniach, które imitowało biurko. Spojrzałam w lustro, a raczej duży kawałek szkła. Opuchnięte i czerwone oczy od płaczu. Spojrzałam na swoje rysunki. Jak mi się nudziło między zabijaniem a podrywaniem chłopów. Obrazki pełne dynamizmu, postacie bez twarz, walka. A teraz. Dokładne rysunki Shena, jako wilk i człowiek, rysunek nas jak się przytulamy, całujemy. Zgniotłam je i wyrzuciłam w bok. Złapałam się za głowę i ciężko westchnęłam. Jednak kiedy wyczułam ogień odwróciłam się. Rysunki zaczęły się palić. Szybko je ugasiłam. Co ze mną się dzieję mówiłam do siebie. Złapałam się za brzuch i spojrzałam w lustro. W mojej bardzo chudej sylwetce było widać wypukłość.
-Trzeba coś zjeść- powiedziałam w stronę brzucha i zmieniłam się w wilka.
Jak ja dawno w nim byłam, zapomniałam jak cudownie jest się poruszać na czerech łapach. Tyle słyszeć, tyle widzieć. Wyskoczyłam zadowolona z jaskini i zaczęłam wyć jak najgłośniej. Wbiegłam w las upolować zwierzynę. Szybko poszło. Sarna. Rozszarpałam ją i zaczęłam jeść. Tak jak dawniej, tak jak wilk. Ale tamta ja nie wróci, umarła wtedy na balkonie, kiedy ojciec oddawał życie nowemu istnieniu. Wybrudzona we krwi odszukałam jezioro i umyłam się w nim. Nagle zaczął padać deszcze. Nosz chol.era. Ale deszcz coś we mnie ugasił. Jaka ja byłam głupia. Boże Shen. I jak najszybciej zaczęłam biec w stronę jego stada i nie postrzeżenie do jego jaskini. Rozejrzałam się i kiedy miałam krzyczeć jego imię coś usłyszałam. Jego głos i kogoś jeszcze. Nie zmieniają się w człowieka podeszłam bliżej głosu i zaczekam podsłuchiwać.
-Nie zrobię jej tego-mówił stanowczo Shen.
-Ale zobacz jak ona ciebie traktuje, robi z siebie ofiar, żebyś był przy niej. Odpuść ją sobie. Z dzieckiem to tez był bym pewien.
-A ty skąd możesz to wiedzieć?!-warknął Shen.
-Oddaj ją mnie, ja się nią zajmę-mówił dalej tajemniczy głos.

[Shen]

Od Anadil cd Lii

Kiedy czarna mgła opadła, powoli stanęłam na cztery łapy i odetchnęłam, jednak gdy patrzyłam na Lię, wydawało mi się, że wadera oszalała. Dla pewności, że wszystko jest w porządku, skierowałam łapę na spróchniały pień usuniętego drzewa i podpaliłam je. Blask bijący od ognia rozświetlił okoliczne krzaki i odgonił mrok... Ale nie do końca.
Na lewo od pnia ciemna mgła nie odpłynęła, lecz skupiła się w jednym miejscu. W kłębach mroku dostrzegłam zimne, białe światło. Cofnęłam się przerażona do Lii i podkuliłam ogon.
Mgła opadła, a na jej miejscu był dziwaczny twór. Wolno podeszłam do tego "czegoś", ale zanim zdążyłam zrobić kilka kroków, obiekt niespodziewanie poruszył się. Przerażona cofnęłam się do wadery, która nadal mruczała pod nosem "Dziedzictwo..." i chwyciłam ją za sztywną łapę.
Potwór powoli podniósł się do pozycji półsiedzącej i odwrócił groteskowy łeb w naszą stronę. Jego pokryte nienaturalnym bielmem oczy na chwilę rozbłysły szalonym blaskiem. Stwór przejechał potężnym pazurem po ziemi, pokrywając ją smolistym brudem. Zrobił krok. Położyłam uszy po sobie, myślałam, że zaraz zemdleję. Bestia pełzła w naszym kierunku coraz szybciej i szybciej. Charczała przy tym niemiłosiernie, z jej pyska toczyła się czarna piana. Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na śmierć, ale... Do moich uszu dobiegł kwik. Lekko uniosłam powiekę i zobaczyłam, że potwór, w reakcji na bliskość ognia nie atakuje. Wrzask stwora jakby obudził Lię, bo wadera drgnęła i warknęła na monstrum. Ten jednak zręcznie ominął płomienie i biegł już w naszą stronę na czterech łapach. Działałam pod wpływem impulsu. Machnęłam łapą, tworząc kulę ognia. Potwór skrzywił swój ryj, jakby przywalił z rozpędu głową w mur. Wrzasnęłam ze strachu i płonącą łapą zaryłam w ziemię. Ognisty krąg otoczył mnie i moją towarzyszkę, skutecznie odgradzając od maszkary, która jednak nie ustępowała i... Czy mi się wydaje, czy ona UROSŁA?!?!
- To... winegra. - szepnęła Lia.
Zmarszczyłam nos.
- Mam pomysł. - stwierdziłam.- Na "trzy" wyrzucisz mnie w stronę winegra.
Wadera warknęła, a jej oczy zalśniły jeszcze bardziej diabolicznie.
- Po pierwsze ta winegra, a nie ten winegr. Po drugie...
Ale ja jak zwykle nie słuchałam.
- Raz dwa TRZY! - Krzyknęłam szybko i skończyłam na Lię. Ta prychnęła i szybko wyrzuciła mnie poza krąg płomieni, na bestię. Krzyknęłam dziko i pokryłam się ogniem. Potwór wrzasnął i skoczył na mnie. Zderzyliśmy  się w powietrzu. Siła uderzenia odrzuciła mnie na parę metrów, jednak szybko się podniosłam i podbiegłam do winegry.
Stwór drgał w nieustający konwulsjach, a następnie zawył w agonii i rozpadł się w pył.
- Ana...- zaczęła wadera, dysząc ciężko, jakby przebiegła maraton.
- Czekaj, czekaj. Teraz ja tu się tłumaczę. Słuchaj, ja znam to miejsce. Kiedy powiedziałaś "winegra" nie skojarzyłam o co chodzi, ale po zobaczeniu potwora skapnęłam się, że już go widziałam, na wschód od mojej watahy. Trzeba tylko przejść przez Las Stymfów i będziemy w mojej watasze. A tam... już wiem co trzeba zrobić.
- Pytanie pierwsze: Las Stymfów? To jakaś zakaźna choroba?
- Stymfy to... Hmmm... Takie ptaki, tylko że... Nie za ładne. Wręcz szatańskie.
- Acha... Pytanie drugie: po co idziemy do twojej watahy.- zapytała lekko zdezorientowana wadera.
- Po sposób na potwory. A jaki... No, to już się dowiesz później, ale może skojarz fakty.
- Ogień zabija winegry... To ogień. Ale ja sobie mogę rozpalić ogień krzemieniami...
- W moim domu mieliśmy Pochodnie Wiecznego Ognia. Paliły się zawsze, bez względu na wszystko. Zdobądź my je, a będziemy miały skuteczny sposób na tych wariatów - wymamrotałam.


Lia? Decyduj gdzie idziemy ;)

sobota, 17 grudnia 2016

Od Jīngshéna cd Dominici Victorii

Usiadłem przy niej, oparłem się o ścianę jaskini i przycisnąłem Victorię do siebie. Łzy płynęły mimowolnie po moich policzkach. Przymknąłem powieki.
- Och Dom... - zacząłem cicho, ale przerwałem zanim wypowiedziałem jej imię. A właściwie, to imię kogoś innego. Imię zaporzyczone. Skradzione tak, jak skradzione bywają serca. Spojrzałem na nią wilgotnymi oczami. "Kim jesteś?" pomyślałem.
Zakochałem się w Dominice Victorii. Szalonej, dumnej i silnej dziewczynie. Dziewczynie pewniej siebie. Gdzie ona się podziała? Bo odkąd została moją nażeczoną, nie widziałem jej ani razu. Nikt nie obiecywał, że ten związek będzie prosty. Nie na to nie wskazywało. Ale nigdy bym nie pomyślał, że zwykłe życie potrafi stać się aż tak skomplikowane i bolesne. Każdy krok. Każde zdażenie, zadowało nam ból i cierpienie. Ale o ile dla mnie to wszystko po prostu minęło, ona nadal walczy z własnymi demonami. Każde wydarzenie, zmienia ją. Wpływa na jej delikatną duszę, która dopiero uwolnił się z kamienia w które dziewczyna okóła swoje serce. Ledwie stanęła na nogi i już została przytłoczona ogromem rozpaczy jaka ją spotkała.
Taka delikatna. Kiedy pierwszy raz ciebie zobaczyłem byłaś dla mnie różą. Piękną, ale mającą długie i ostre kolce. Bezwzględna i harda zabójczyni. Jesteś nikim? Nie. Wtedy byłaś nikim. Bez uczuć, bez sumienia. Bez wartości. Kiedy się otworzyłaś na miłość, wtedy nabrałaś wartości. Prawdziwej wartości. Takiej, której nic ci już nie odbierze, nawet śmierć. No właśnie wtedy, Apocaliptis, wtedy nabyłaś duszę.
Łzy w oczach wychyły. Patrzyłem na nią z lekkim uśmkeszkiem. Pocierałem jej ramię. Brodę oparłem o jej główkę. Płakała. Nadal. Rękę z ramienia przeniosłem na czoło. Podtrzymywałem przez chwilę jej głowę. Pocałowałem czubek jej włosów i spojrzałem głęboko w jej saszkolne, zpczerwieniałe oczy.
- Naprawdę nie pamiętasz mojego pełnego imienia? - zapytałem pogodnie i uśmiechnąłem się do niej ciepło. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. Z jej oczu opociekły kolejne łzy. Objąłem ją mocno.
- Nie przepraszaj. Nic z rzeczy które wymieniłaś nie jest twoją winą. Jedyne co jest tu winne to nasze serca. - powiedziałem do niej spokojnie. Czułem jak trzęsie się w moich ramionach. Dopiero kiedy poczułem, że się uspokaja wypuściłem ją z uścisku.
- Blizny się zabliźniają, Dominico. - powiedziałem z potulnym uśmiechem. - Zostawiają po sobie ślad, ale nie krwawią do końca życia. Nigdy.
Klęknąłem przy niej i obejżałem jej opuchniętą kostkę. Położyłem ostrożnie dłoń w miejscu urazu i przymknąłem oczy. Z mojej dłoni rozlał się blady, błękitny płomień. Kość zaczęła wracać na swoje miejsce. Krwiak pod skórą bledł.
Dominica Victoria... Apocalipsis... Jaka to różnica? Zdałem sobie sprawę z tego, że nic tak naprawdę o niej nie wiem. Dotarło do mnie, że wszystko co nas łączyło to zwyczajne kłamstwo. Bakeczka wymyślona przez zdesperowaną dziewczynę. Całą tą miłość... to kłamstwo. Co jeśli dziewczyna którą pokochałem nigdy tak właściwie nie istniała? Tyle kłamstw, a tak mało prawdy. Powinienem czuć się zdradzony... oszukany... Jak ja się czuję? Co ja wogóle czuję? Tyle się ostatnio działo... Myślałem tylko o innych. Musiałem chronić tyłu istnień. Zapomniałem w tym wszystkim o sobie. Nie pamiętam jak to było być sobą. Ostatnio byłem tylko dla innych, nie dla siebie. Może ważniejszym pytaniem nie jest, kim jest dziewczyna siedząca przy mne, ale kim ja jestem?
Podniosłem wzrok i spojrzałem ponownie głęboko w jej oczy.
- Zanieść cię do twojego domu? - zapytałem i zdobyłem się na blady uśmiech.

Dominaca?