menu

sobota, 16 lipca 2016

Susan do Atilii

Uśmiechnęłam się pod nosem patrząc, jak Antilia szybkim krokiem wchodzi coraz wyżej. Jack spacerował obok mnie nucąc coś.
-Ej - odezwał się nagle. - Czy ona jest normalna?
Spojrzałam na niego i zaśmiałam się kręcąc głową.
-Tak, a czemu miałaby nie być?
Przekrzywił głowę patrząc na znajdującą się coraz dalej od nas waderę.
-No... Ona mnie widzi - zaczął. - Do tej pory tylko ty mnie widziałaś, w końcu jestem wytworem twojego umysłu.
Zastanowiłam się chwilę nad słowami przyjaciela. Miał rację, przecież jego obecność zawdzięczam schizofrenii.
Zaśmiałam się cicho. Zachorowałam przez samotność i odrzucenie, żaden szczeniak nie chciał się ze mną bawić, więc sama się sobą zajmowałam, aż pewnego dnia zobaczyłam Jacka.
Spojrzałam na waderę przed nami i wystrzeliłam w przód. Po chwili znalazłam się obok niej i szturchnęłam ją łapą.
-O, dogoniłaś mnie - uśmiechnęła się promiennie. - A gdzie twój przyjaciel?
-Z tyłu - kiwnęłam głową w kierunku, z którego niebawem miał nadejść Jack. - Mogę cię o coś zapytać?
Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, po czym wzruszyła ramionami.
-Dobrze - powiedziała.
Odchrząknęłam i zaczęłam układać w głowie pytanie, które miałam zamiar jej zadać. Nie chciałam, żeby brzmiało głupio.
-Czy widziałaś kiedyś coś, czego inni nie widzieli? Jakiegoś innego wilka w grupie, którego inni nie dostrzegali?
-Nie - odpowiedziała. - Nie zdarzyło mi się to nigdy... Czemu pytasz?
-Tak z ciekawości - odpowiedziałam z uśmiechem. - Ruszajmy dalej, Jack nas dogoni - powiedziałam i zaczęłam iść w górę.
Antilia z uśmiechem ruszyła za mną, aby po chwili nasz chód się zrównał. Gdzieś za nami słychać było wołanie mojego fioletowego przyjaciela, abyśmy zaczekały. Postanowiłam się tym nie przejmować. Kiedy w końcu zmądrzeje, przypomni mu się, że może do nas dotrzeć w inny sposób.
Śnieg skrzypiał cicho pod naszymi łapami. Byliśmy coraz bliżej szczytu.
-Może przenocujemy w jakiejś jaskini? - zapytałam.
-Czemu nie - uśmiechnęła się wadera.
Zaczęłyśmy się rozglądać za jaskinią. Schodziłyśmy nieco niżej, żeby zobaczyć, czy czegoś nie minęłyśmy i wyżej, aby sprawdzić, czy tam nie ma jakiejś jamy.
-Znalazłem! - usłyszałyśmy Jacka.
Ruszyłyśmy za jego głosem. Stał przed dużą jaskinią osłoniętą małymi krzaczkami.
Podeszłam do niego z uśmiechem.
-Brawo - powiedziałam i trzepnęłam go lekko w głowę. - Przypomniało ci się, jak się przemieszczać? - szepnęłam śmiejąc się.
Kiwnął głową, po czym weszliśmy do środka, by znaleźć sobie jakieś miejsce do spania. Po chwili Jack i ja leżeliśmy obok siebie pod ścianą. Antilia nadal szukała sobie miejsca.
-Jeśli chcesz, możesz się położyć obok nas. Będzie cieplej - uśmiechnęłam się.


Dominici Victorii do Jīngshén

-Tak, bardzo-westchnęłam.
Naprawdę mi się podobał. Chwila, nie, nie mogę tak myśleć. Widziałam, że już na niego działam. Mimo, że to była sekunda, widziałam w jego oczach pożądanie. Wiem, co zrobię, aby jego serce i umysł były moje. Dawno tego nie robiłam, bo to budziło bliznę na piersi.
-To przejdziemy się w końcu?- spytałam z badającym wzrokiem wertując jego twarz.
-Tak, przecież po to tu przyszedłem-powiedział i ruszyliśmy.
Słońce padało raz po raz na złote kwiaty w wianku.
Szłam kilka kroków przed nim, żeby widział moje kobiece atuty. Ponętnie patrzyłam na niego kątem oka. Słyszałam jego szybsze bicie serca. Czułam coraz większą temperaturę jego ciała.  Jego myśli krążyły wokół mnie. Działam na niego jak oliwa na ogień. Dziś złamie swoje zasady i ja mu w tym pomogę. Wiatr nie dawał mu ochłody. Jedyne upojenie mógł znaleźć we mnie. Kochałam pieczęć Lucyfera. Pozwala mi zadurzyć w sobie każdego.
-Wczoraj miałam gorszy dzień-wyrzekłam równie słodko, jak równie słodkie było moje kłamstwo.
-Rozumiem-powiedział basior.
-Mogłeś się tak nie ubierać grubo, przecież jest ci bardzo gorąco, nieprawdaż?
Shen uśmiechał się i poszliśmy dalej.
Jak dzikie zwierzę którym jestem zawsze, zarówno w wilczej postaci , jak i ludzkiej. Zanurzę swoje palce w jego włosach i posmakuje jego ust. Moją jedyną wadą to cholerne pożądanie kogoś i ta myśl, że muszę go mieć. Już nie jeden świętoszek łamał swoje zasady, by poznać moją dominacje..... a potem zostawali z poderżniętym gardłem i pożarci przeze mnie. Ale jego nie zabije, jest wilkiem tak samo jak ja. Poniekąd ta sama rodzina. Jedyne co nas różni to charaktery i stada. Przez godzinę spacerowaliśmy przez las. Ja oczarowując go. On zniewolony myślami przeze mnie. Nagle czułam lekkie ukucie w sercu. Zatrzymałam go ręką, która spoczęła na jego dziko bijącym sercu.
-Stój-powiedziałam łagodnie i zmieniłam się w  wilka.-Ludzie...
Tak po chwili za krzaków wyszli ludzi. Basior nie przemienił się w wilka, a ja po wilczemu warknęłam: „Nawet nie próbuj się przemienić”
-Łap ją-mówili-to dobrej klasy wilk, łap!
Musiałam. To we mnie krzyczało.  Wrzała we mnie krew.  Wściekłość się gotowała.
-To nie jest człowiek, parz na jego oczy.-powiedział jeden z ludzi.
Wycelowali w niego. Jeszcze chwila a po nich nawet kropla krwi by nie została. Ale nie mogłabym, ujawniłabym się i pokazała Shenowi, że nie jestem słodka. To jego pożądanie mnie powstrzymywało, pierwszy raz tak silne pożądanie. Pokazałam zęby i w chwili kiedy człowiek strzelał złapałam kule w zęby i tylnymi łapami poderżnęłam mu gardło.  Drugiego zabiłam mocą Mirada oscura. W trzeciego wbiłam przednie łapy i wyszarpałam klatkę piersiową i obrotem, żeby spojrzeć na Shena.
-Ktoś musiał ciebie obronić-mruknęłam z uśmieszkiem i usłyszałam strzał, ale zanim cokolwiek zdążyłam zareagować poczułam przeszywający ból w boku.
Ten ledwo żyjący dupek mnie postrzelił. Spojrzałam szybko na niego wzrokiem diabła i wypaliłam mu duszę. Po cierpię, bo nie mogę się uleczyć za pomocą pieczęci. Mój oddech stał się płytki. Padłam w ludzkiej postaci na ziemi. Moja sukienka robiła się szkarłatna. Wszystko zaczynałam widzieć przez mgłę. Zaśmiałam się w duchu, ze przez tak cholernie silne pożądanie nie chce się uleczyć. Czemu? Nie wiem? Nigdy mi na niczym tak mocno nie zależało. To nie możliwe, żeby po tym co się stało mogły wrócić do mnie uczucia...

[Przepraszam  że tak długo nie byłam ale zrozum wakacje xD]

środa, 13 lipca 2016

Od Antilii cd Susan

Wyprawa w góry brzmi ciekawie... Ale zastanawiam się, czy ten koleś nie będzie próbował mnie jeszcze raz zaatakować. Przyglądałam się owemu basiorowi. Po chwili namysłu powiedziałam:
-Zgoda. Chętnie z Wami pójdę na tę wyprawę. -
Wadera uśmiechnęła się.
-Bardzo się cieszę.Dopilnuje, abyy Jack -tu spojrzała na basiora i powiedziała z naciskiem. -że będzie dobrze się zachowywał. -
Również delikatnie się uśmiechnęłam i delikatnie wylądowałam na miękkiej trawie. Spojrzałam ponownie w oczy wadery. W jej spojrzeniu tańczyły wesołe iskierki, lecz z obok czaiło się coś złego i niezbyt przyznanego.
-Kiedy ruszamy? -zapytałam.
-Teraz. -z uśmiechem na pysku, ruszyła w kierunku północnym.
***
Byliśmy u podnóża gór. W nozdrzach poczułam świeże, czyste powietrze. Zimny wiatr miotał moją sierścią na prawo i lewo, lecz nie czułam zimna, które chce, abyśmy zawrócili. Spojrzałam ku górze.
Piękne, szpiczaste szczyty pokryte śnieżnym puchem, lśniły od promieni południowego słońca, będąc na szczucie nieboskłonu. Poniżej również był śnieg, lecz skąpany w mroku cienia rzucanego przez wierzchołek góry. Na samym dole, gdzie aktualnie się znajdowaliśmy, był surowy kamień, gdzieniegdzie oblodzony lodem.
Po mojej prawej stronie była Susan a z lewej stał Jack. Jego wesołe spojrzenie patrzyło na górę, jakby już widział się na szczycie. Odwróciłam się do Susan.
-Wchodzimy na sam szczyt? -zapytałam.
-Zobaczy czy starczy nam sił i czasu. Lepiej chodzić, póki jest słońce, bo w nocy możemy zamarznąć na śmierć. -odpowiedziała spokojnie wadera.
Kiwnęłam głową na znak całkowitej zgody.
-Ruszajmy. -rzekłam i skierowaliśmy swe kroki ku górze.


(Susan? Soreczek za przerwę. Szału nie ma... xd)

Od Antilii cd Huayry


Ledwo trzymałam się na łapach- jakby były zrobione z waty... Po krótkiej chwili nie miałam już sił i upadłam na chłodną i surową ziemię.
-Wszystko w porządku? -zapytała Huayra. Na odpowiedź delikatnie kiwnęłam głową, choć nie jestem pewna czy to zauważyła.
-T-tak... -wyszeptałam, by zapewnić waderę, iż wszystko jest ze mną w porządku... Ale nie nie było to zgodne z prawdą. Czułam się bardzo źle...
Byłam cała mokra i zadrżałam, kiedy lekki wiaterek przywiał zimne powietrze znad pustyni. Ciężko mi się oddychało, jakby wokół klatki piersiowej miałam zawiązany ciężki łańcuch. Łapy odmawiały mi posłuszeństwa, więc nie mogłam wykonać żadnego ruchu, ponieważ zalewała mnie fala bólu. Miałam dość.
Szara samica siadła naprzeciwko mnie, unosząc delikatnie łapę. Nagle nad nią zaczęła tworzyć się kula niewielkiego płomienia. Delikatnie przesunęła ogień w moją stronę tak, aby była na środku, pomiędzy mną a Huayrąą (nie wiem jak odmienia się imię Twojegoo wilka, bo akurat spałam na lekcji polskiego xd). Ciepło było przyjemnie miłe, a wesołe języczki ognia tańczyły w powietrzu, dając nieco światła.
-Skąd jesteś? -zapytałam słabym głosem po dłuższej chwili milczenia.
-Jestem opiekunką Południowego Stada w watasze Wilków Popiołu. -odpowiedziała ciepłym głosem. -A ty skąd jesteś? -zadała pytanie.
-Wiem, że to zabrzmi głupio -zaczęłam. -ale po prostu nie pamiętam... -
-Jak to? -
-Obudziłam się w jakimś lesie. Jedyne co pamiętałam to, że mam na imię Antilia. Nic poza tym. -wytłumaczyłam.
-Nie pamiętałaś rodziny, przyjaciół...? -pytała Huayra.
-Nie. -odpowiedziałam szybko.
-A wiesz, jaką masz moc? -spytała, zmieniając temat.
-Opiera się na żywiole wody, ale nie wszystkie. -odparłam.
-Chciałaś, by należeć do naszej watahy? -
Serce zabiło mi mocniej.
-Ja? -wykrztusiłam.
-Zgadza się. Jeśli do nas dołączysz, będziesz należała do Rawhiti Ithemba- Wschodniego Stada. -wadera odpowiedziała z uśmiechem. Biło od niej prawdziwe ciepło i radość. Bardzo ją polubiłam...
-Chętne do Was dołączę. -powiedziałam, szczęśliwa, że znalazłam nowy dom.
-Ale... -zaczęłam.
-Ale? -
-Czy to, że będziemy należeć do różnych stad, nie przeszkodzi nam się spotykać? -zapytałam cicho.
Szara wadera zaśmiała się szczerze.
-Oczywiście, że nie. A czemu pytasz? -
-Bardzo Cię polubiłam Huayro, więc pomyślałam sobie, że może Ty też może mnie lubisz... -
-Proszę, mów mi Ayra lub po prostu Ri. -uśmiechnęła się szczerze, ukazując piękne uzębienie. -Oczywiście, że cię lubię, moja droga. -
Uśmiechnęłam się do Ri, ale nagle zakręciło mi się w głowie. Zamknęłam oczy.
-Antilia, w porządku? -Ayra podeszła do mnie szybko.
-Mhm... -mruknęłam i powoli otworzyłam. Obraz był rozmazany i gdzieniegdzie były czarne plamki.
-Antilia, co ci jest? -głos wadery dochodził do mnie, jakby był zza mgły. Potem była tylko ciemność i coraz cichszy głos Huayry która wołała moje imię...


(Ri? Sorki za taką przerwę w pisaniu, ale mam zdawkę z ruska... ;-; )

czwartek, 7 lipca 2016

Od Huayry cd Aviciusza

 (Już wróciłam :D )

- Naprawdę? - "Chyba ja pierwsza powinnam o tym wiedzieć", przeszło mi przez myśl. "No cóż , chyba najważniejsze, że mamy członka stada." Uśmiechnęłam się do Aviciusza. - To może oprowadzę cię po stadzie, a potem wybierzesz sobie jaskinię?
- Oczywiście - Odpowiedział z dużym entuzjazmem i odwzajemnił mój uśmiech. Słońce grzało już dość mocno, więc na samym początku postanowiłam pokazać mu kresy południowe, by gdy już słońce będzie w zenicie móc rozkoszować się cieniem dżungli.
-Nie ma w sumie tu zbyt wiele, głównie piasek i skały, no i więcej piasku... - Skwitowałam mijane miejsca. Na dłużej zatrzymaliśmy się tylko przy zwierciadle niebios. Dzięki pradawnym zaklęciom woda z niego nigdy nie wyparowywała, była krystalicznie czysta i co najważniejsze zimna. Nieliczne chmury na niebie i okoliczne skały odbijały się w wodzie, wyglądało na prawdę niczym wielkie lustro. Zamoczyłam łapę, w wodzie ukazały się tęczowe refleksy.
-To jedno z moich ulubionych miejsc... Nikt nie wytrzyma całego dnia w pustynnych temperaturach, ale to jezioro ma w sobie coś więcej... -Urwała i rozejrzała się. Coś było nie tak. Nagle zrobiło się strasznie cicho... Cisza przed burzą. Spojrzałam na Ave.
- Co się dzieje? - Spytał wilk nasłuchując. Już chciałam odpowiedzieć gdy usłyszałam głośny ryk i poczułam mocne uderzenie w głowę. Aż mnie zamroczyło. Zatoczyłam się i upadłam i wtedy znów to poczułam. Spróbowałam wstać, lecz coś mocno przygwoździło mnie do ziemi. Nie widziałam wroga. Głowa bolała coraz mocniej. Czułam jak cienka strużka krwi zlepia mi  futro na karku. Spojrzałam na Aviciusza. Stał, nie ruszał się, spostrzegłam w jego oczach strach. Starałam się zebrać myśli, magia tak magia... Wpatrzyłam się w oczy basiora, w końcu udało mi się zajrzeć w jego wspomnienia. Był to dziwny widok. Patrzeć na siebie oczami innej osoby. Zdążyłam ujrzeć jeszcze wielką poczwarę z głową lwa, ogonem skorpiona i skrzydłami nietoperza. "Mantykora..." Czułam, że jestem za słaba by pokonać maszkarę. Pozostało jej tylko jedno.
- Compensatio - Wyszeptałam , moje ciało zaczęła się kurczyć, sierść znikać, na jej miejscu pojawiły się czarne pióra. Głowa zmniejszyła się, wyrósł mocny dziób. Z pleców wyrosły skrzydła. Zdezorientowany potwór podniósł łapę. Szybko wydostałam się z pułapki i wróciłam do normalnej postaci. Moja łapa zapłonęła, a znaczki zaczęły jarzyć się krwistoczerwonym blaskiem. Posłałam w stronę mantykory dwie kule ognia. Ave wreszcie ocknął się i również zaatakował. Jenak byłam już zbyt wyczerpana. Świat pociemniał i poczułam jak traci nad sobą kontrolę. Odpłynęłam w stronę bezpiecznej nicości.
(Ave?)

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Od Jīngshén'a cd Dominiki Victorii

Obudziły mnie oślepiające promienie słońca, którym jakimś cudem udało się wedrzeć do mojej jaskini. Przewróciłem się na drugi bok mrurząc mocno oczy. Dziwne... zwykle słońce nie dociera tu o takiej porze. Chyba że... O cholera. Jestem umówiony! Podniosłem się gwałtownie i uderzyłem głową o jakąś skałę. Cholera by to wzięła! krzyknąłem i wybiegłem na zewnątrz. Na szczęście, jeszcze nie było aż tak późno. Odetchnąłem z ulgą i nieco uspokojony ruszyłem w ustalonym kierunku.
Łagodna zieleń lasu i śpiew ptaków szybko mnie uspokoiły. Zwierzęta już nie uciekły odemnie jak kiedyś. Starałem się ograniczyć spożywanie mięsa co może brzmieć głupio jak na wilka. Ale stado zobowiązuje, a raczej więź z naturą jakiej tutaj się uczę. Ptaki nie czując odemnie zapachu krwi, nie odlatywały mi spod łap. Siedziały spokojnie i dalej kąpały się w piasku jakbym dla nich nie istaniał. To naprawdę niezwykłe, chociaż czasem widok tłustego zająca siedzącego tak blisko chcą nie chcąc wymusza przypływ śliny do pyska. 
Uderzyła mnie słodka woń fiołków. Musiały rosnąć gdzieś blisko drogi. Ten słodki jecz subtelny zapach... tak samo pachniały włosy Victorii. Z medycznego punktu widzenia seks może zabić. Przyśpieszony oddech, tętno, rytm serca... To wszystko przypomina agonnie. Stan kiedy umierasz, ale jadnocześnie pragniesz więcej i więcej. Rozkosz. Tylko czemu zacząłem o tym myśleć, gdy przypominałem sobie jej imię? Cholera, Shen, ogarnij się. Niezaprzeczalnie ma w sobie coś... niewytłumaczalnego, ale musisz zachować zimną krew. Tradycja, honor, pamiętaj o tym. O czym? Po co? Chyba oboje tego chcemy? Wstydź się cholerny umyśle za takie myśli.
Bezszelestnie pokonałem las i dotarłem do polany. A jednak przyszła. Dominika siedziała na pobliskim kamieniu w swojej ludzkie postaci. Bawiła się rzemykiem przy dekolcie i nuciła jakaś uroczą piosenkę, której słów nie byłem w stanie rozpoznać. Podszedłem bliżej stając na dwie nogi jako człowiek. 
 - Ładna piosenka. - powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej. Dziewczyna otworzyła na wpół przymknęte oczy i przywitała mnie lukrowanym uśmiechem. Tylko posypki brakowało i był by idealny donat.
 - Dzięki. - odparła i zgrabne zeskoczyła ze skały.
 - Skąd ją znasz? 
 - To długa historia. - skróciła temat. Poprawiła swoje krucze włosy i posłała mi kolejny przesłodzony uśmiech - To co robimy?
 - Mogę Ci pokazać jedno miejsce w okolicy, jeśli masz ochotę. - zaproponowałem. Starając się uniknąć wzrokiem jej równie skromnego jak wczoraj stroju, skupiłem się na twarzy. Zobaczyłem wianek na jej głowie zrobiony z czarnych kwiatów. Uśmiechnąłem się lekko.
 - Pozwolisz? - zapytałem i zbilżyłem rękę do plecionki. Z pomiędzy czarnych główek kwiatów wyrosły drobne złote kwiatki, kształtem przypominające niezopominajki. Przejechałem dłonią wzdłuż wianku i zatrzymałem się przy policzku dziewczyny. Przypominał mi się wczorajszy wieczór i to jak bardzo chciałem żeby moje dłonie znalazły się na jej skórze, talii, biodrach... Gwałtownie zabrałem rękę. Trwało to tylko sekundę wiec dziwczyna chyba nie zauważyła. Nie mogła zauważyć. Spojrzałem na efekt mojej magii. Złote kwiatki błyszkały w słońcu.
 - Podoba ci się? 

Dominika Victoria?

niedziela, 19 czerwca 2016

Od Aviciusza cd Huayry

Aviciusz ziewnął. Poszedł do groty i zrobił sobie posłanie. Głowa go trochę bolała po uderzeniu w drzewo. No właśnie, uderzeniu w drzewo. Nie pamiętał tego co zdarzyło się potem. Po rozmyślaniach basior usnął.
~~~~
Wiał wiatr. Ave szukał Kantaraye Suryaya. Szedł uważnie omijając wszelkie przeszkody. Nagle podszedł do niego jakiś wilk.
-Czego tu szukasz?-zapytał.
-Kantaraye Suryaya-odparł Aviciusz.
-Jesteś w Sandhya Manra- odrzekł
-Sandhya Manra-powtórzył, po czym wpadł na drzewo. Był tak zajęty rozmową,że go nie zauważył.
~~~~
Był poranek. Ave przeciągnął się i wstał. Wyszedł przed jaskinię i czekał na Ri. Gdy Ayra zjawiła się basior opowiedział jej swój sen. Nie był to sen lecz wspomnienie poprzedniego dnia.
-Ja tak naprawdę należę do Kantaraye Suryaya.
<Ri? >

Od Susan cd Antili

Przez chwilę patrzyłam na waderę, po czym skierowałam swoje spojrzenie na Jacka.
-Zostaw ją.
Mój przyjaciel, który dotychczas warczał ukazując ogromne, białe kły, wyprostował się i spojrzał na mnie.
-Na pewno nie chcesz się zabawić? - zapytał machając ogonem.
-Już zbyt wiele krwi się przelało, odkąd cię poznałam - warknęłam, po czym spojrzałam łagodnie na waderę. - Przepraszam za niego. Jak ci na imię? - zapytałam, uśmiechając się delikatnie.
-Antilia - odpowiedziała, po chwili wahania.
-Susan. Miło mi cię poznać. Ten wariat to Jack - kiwnęłam głową w stronę czarno-białego basiora. 
Antilia spojrzała na niego, w jej oczach widać było nieufność i lekki strach. Uśmiechnęłam się i podeszłam nieco bliżej wadery.
-Nie bój się, nic ci nie zrobi - powiedziałam. - Może poznamy się nieco bliżej, skąd się tu wzięłaś?
Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko.
-Wybacz, nie lubię o tym rozmawiać.
-W porządku, rozumiem. To może się przejdziemy? Jack i ja wybieraliśmy się w góry, byłoby nam miło, gdybyś dołączyła.
Znając życie Jack będzie usiłował przekonać mnie do skrzywdzenia Antilii. Nie uda mu się, nie tym razem. Dość już mordowania i rozlewu krwi, nie pozwolę mu na to.
<Antilia?>

sobota, 18 czerwca 2016

Od Dominiki Victorii cd Jīngshén'a

Wróciłam do swojej jaskini. Jutro uda mi się go uwieść. Przecież zna mnie tylko jeden dzień. Jutro będę miła od samego początku, a powiem mu, że dzisiaj miałam gorszy dzień. Otworzyłam szafę z ludzkimi ubraniami. Ubiorę znowu sukienkę, tylko z deka krótszą. Jutro mi się uda. Czy ma zasady czy nie ma. Ale jutro coś w nim rozbudzę. Położyłam się rozmyślając o jutrze. Mimo mojego charakteru czytałam dużo książek i zawsze coś cytowałam. Co­raz częściej dochodzę do wnios­ku, że seks, po­dob­nie jak nar­ko­tyki, jest ucie­czką od rzeczy­wis­tości, poz­wa­la za­pom­nieć o kłopo­tach, od­prężyć się. I jak wszys­tkie używ­ki szkodzi i wyniszcza.  Ale kto by się tym przejmował. Czy w dzisiejszych czasach jest miejsce na uczucia, czy tylko seks i namiętność? Czy we mnie są uczucia? Czy straciłam je na zawsze? Ten jeden dzień i zaczęłam myśleć. Może nie straciłam ich na zawsze, tylko zgubiłam je. I ktoś musi je odnaleźć.  Zasnęłam w pewnym momencie. Obudziłam się na wicie wilków zwiastujących dzień. Westchnęłam i wstałam jako wilk. Wybiegłam z jaskini, zamknęłam oczy. Wzięłam oddech. Wsłuchałam się w dźwięki otoczenia. Otworzyłam oczy i ruszyłam. Biegłam szybko, ale z gracją, ja na kobietę przystało. Przystanęłam w trzy czwarte trasy. Zmieniłam się w człowieka. Wokół mnie rosło tyle pięknych kwiatów, ale mnie zainteresowały czarne kwiaty, z których zrobiłam wianek. Ruszałam dalej, po skończonej pracy, dalej w ludzkiej postaci. Kiedy dotarłam na miejsce, jeszcze nie było Jīngshéna. Siadłam na większej skale i przyglądałam się innym zwierzętom, które w każdej chwili mogłam zabić, ale dziś miałam być grzeczna i spokojna, i ogólnie słodka jak miód. Nuciłam piosenkę, którą znałam od dziecka.